Michal Lapinski Studio

SZTUKA PRZEMIJANIA
Zbiór
only in Polish

Sztuka przemijania
Niełatwo jest opanować sztukę przemijania
jej zasady są skryte w grubych mrocznych księgach,
jej niuanse nie dają się łatwo uchwycić,
bo strzegą ich zasady tajności, a skargi
nie pomogą ci wiele — bo gdzie się odwołać
gdy Biuro Przemijania jest stale zamknięte.
Zostajesz sam. Lecz nadal chciałbyś się nauczyć
jak przemijać najlepiej i z dobrym efektem,
bez niepotrzebnej zwłoki, ale bez pośpiechu,
żeby się nie potknąć ani nie zadyszać,
z drugiej strony, by nie utknąć w jakiejś jamie, dziurze
bez światła i bez jadła siedzieć tam w przetrwaniu.
Mówią, że dobrą metodą bywa rozpuszczenie,
najlepiej w wodzie rzecznej, bo morska swą solą
skórę drażni. Wiec najpierw trzeba znaleźć rzekę
i w jej nurt się zanurzyć powoli, ostrożnie,
tak by muł podniesiony z dna nie zmącił wody,
która ma być twym otulem całunowym, czystym.
Tak możesz się rozpłynąć bez żadnego śladu
na powierzchni ni w wodzie, która wszak nie pomni.

Czarne usta
Czarne usta złożone są jak półksiężyce
co noc odwracane grubymi palcami
a ja chciwie szarością świtu się zachwycę
gdy noc wreszcie odejdzie z czarnymi ustami.
Będę mógł zapomnieć czarne usta moru
odnajdę czerwień warg i oczu promień
ich światłem napełniony dotrwam do wieczoru
gdy czarne usta znowu zjawią się koło mnie.
Ale raz do przetrwania siność się dostanie
kiedy usta czarne nabrzmiałe milczące
najpierw pożrą księżyc, a gdy przyjdzie rano
żarłocznymi wargami unicestwią słońce.

Jeśli umieraċ to w Japonii
Jeśli umierać to w Japonii
w sercu Tokyo, w rozgwarze tłumu,
w pałacu smutnych cesarzy w Kioto,
lub w Pawilonu Złotego ciszy,
patrząc na krwawe klonów odbicia
zmieszane ze złotych karpi stadem
w stawie, w którym zagubił się czas.

Jeśli umierać to tak jak gejsza
w szumie wachlarza i w perfum tchnieniu
na łożu chłodnym, które shamisen
swych strun srebrzystych
przeczystym dźwiękiem
zatapia, ale nie w czarną nicość
lecz w jedność słodką, omdlewającą.
Jeśli umierać to jak samuraj
wzlatując ponad głowami wrogów
na skrzydłach służebniczego bushido,
by paść jak ścięty kwiat chryzantemy
w błysku katany, w swej krwi kałużę,
w szept ostatniego haiku.

Ale najlepiej jak mnich buddyjski
gasnąć powoli na szczycie góry
razem ze słońcem, co za nią znika,
powoli, słysząc jak gongu bicie
oznajmia podróż do kraju kwiatów,
gdzie twoje miejsce czeka, kamieniem
już oznaczone z takim napisem:
„Choć mnie tu nie ma —
byłem, i jestem, przykryty
złotymi liśćmi”

Łazienki
Czy pójdziemy jeszcze kiedyś do Łazienek?
Nasza ławka, na której czytaliśmy Leśmiana
stoi pusta, jakby na nas czekała
a Chopin nadal marzy wśród róż.
Chyba nie pójdziemy już więcej do Łazienek.
róże zwiędły, niedługo już je całkiem obetną
Chopin patrzy w dal ze smutkiem
może jawią mu się nuty
pośmiertnych nokturnów,
które ściskają słodkim bólem.
Może widzi morze i zieleń wzgórz Majorki
gdzie uciekał od śmierci.
Nie będzie nas już nigdy w Łazienkach.
Łzy ściekają
po kamiennych policzkach Chopina.
Czy to krople deszczu,
a może nasze łzy przybyłe z daleka?
Nasza ławka, na której czytaliśmy Leśmiana
stoi pusta i nie czeka już na nas.
Może kiedyś siądą tam nasze dzieci
i wspomną nas
słuchając muzyki niemych łez Chopina.




Nieuchwytny czas pojawia się i znika
jak magdalenka Prousta i jak pierś matczyna
Czy to on przemija czy my przemijamy
razem z nim wygasając w smutku i zadumie,
zaprzestając pogoni i patrząc jak ginie
w mroku nieokreślenia, w niepewności jutra?
Czas odnaleziony
Właściwie go nie ma; czas wszak tkwi w niebycie
odżywa jedynie w naszej egzystencji,
w trwaniu naszych uczuć miłosnych i gniewnych,
w ciele, które pada ofiarą rozkładu,
w przemijaniu, które jest posłańcem trwogi
ale też gwarantem prawdziwego życia.


Bowiem przemijanie nie daje uwierzyć
w nieśmiertelność, która zwodzi urojeniem
bezkresnego trwania by zamknąć cię w czasie
gdzie jak więzień skowany trwasz bezterminowo;
nie masz czym oddychać — bez światła, bez wyjścia stagnujesz i więdniesz, acz nigdy do końca.

Można się też odnaleźć w osobie kochanej,
w lepszej siebie wersji bogatszej o drugą
stronę zwierciadła, w którym podwaja się miłość
co nie tylko wypełnia pustkę i utratę,
lecz w której można się stracić i odnaleźć razem
jak gasnące płomyki dwóch słońc połączone.
Proustowi się powiodło odnaleźć czas w sobie
stał się dla siebie “sterem, żeglarzem, okrętem”
napędzanym przez wiatry twórczej wyobraźni;
dotarł poprzez wiry i pętle powrotów
do czasów niebyłych i znów ożywionych,
by tak przemijania dokończyć modlitwę.

Ile dni pozostało
Ile dni pozostało? Nawet Bóg na niebie
nie wie, albo nie powie, zwłaszcza że go nie ma
dla zwykłych śmiertelników. Uwikłany w schemat
swoich knowań kosmicznych nie zadba o ciebie.
Przebieramy pokornie paciorki różańca
dni nie-bardzo-wiecznych rękami obiema.
Czy liczyć je czy nie liczyć? naprawdę nie wiemy …
Może lepiej w niewiedzy jest doczekać krańca ?
W roczników grube księgi spróbujemy wpisać
latoczasy płynące od samych narodzin
a w rozdziałach miesięcy zręcznie pozamykać
strony dni upstrzone robaczkami godzin
wtedy każdy dzień i każda godzina spędzona
razem będzie na wieki w piśmie utrwalona.
Lecz czy warto? Każda chwila co wspólnie przemija
staje się wszak twoja i moja własnością,
której nie zabierze nam nikt, bo zarazem
jest przemijaniem i wieczną miłością.