top of page

PATYKIEM PISANE
only in Polish

Układy są w zasadzie dwa. Stają się uchwytne i dostrzegalne w środku nocy. Co nie znaczy, że tylko wtedy istnieją. Przecież mogą być zawarte w czterowymiarowej przestrzeni cyber-psychicznej. Ale tam istnieją w formie latentnej i ich kształt pozostaje nam nieznany. Można przypuścić, że mnożą się i powielają tam po kryjomu. Tylko od czasu do czasu jedna z płaszczyzn wydostaje się na wierzch i materializuje się w mglistej amfiladzie niedokonań. I zaraz potem druga się pojawia, będąc jej refleksja, odbiciem albo może klonem. I tak się ich taniec zaczyna. 

 

Nie jest więc wykluczone, że układów jest więcej. Ale jednorazowo, w ciągu jednej nocy, albo może tylko w jej kawałku parominutowym, obcować można tylko z dwoma.

 

Ale i tymi dwoma układami sprawa nie jest prosta. Układ da się opisać jako wielopłaszczyznową relację potencjalnie kilku, choć w zasadzie dwóch, warstw przemieszczających się w czasie i w przestrzeni, ewoluujących jedna w drugą, i ciągle zmieniających, zwykle nieznacznie, nie radykalnie, swoje właściwości i dostrzegalne elementy. Tutaj należy podkreślić, że mówimy o czymś co jest z natury swojej nieostre, rozmyte. Choć niepozbawione jest elementów, które da się zgeometryzować; nie jest ostre, ale granulaste i bulwiaste. 

 

Układy zdają się mieć podobną funkcję, choć jej natura nie jest do końca jasna. Wydają się mieć coś ze soba wspólnego, ale na czym ich relacja polega nie wiadomo. Każdy z nich formułuje się jako pewna trójwymiarowa płaszczyzna, która ma służyć rozwiązaniu jakiegoś problemu. Zarazem ona stwarza jakiś problem któremu trzeba stawić czoła, nie bez pomieszania i z lękiem. Obcowanie z układami ma prowadzić do pewnego rozwinięcia, zakończenia i pozbycia się konfuzji i napięcia, ale zarazem męczy wciąga i wysysa siły. Układu nie można ogarnąć, ale nie da się go też pozbyć. Nie wiadomo też z którym powinno się mieć w danym momencie do czynienia, by nastąpiło jakieś przesilenie, może w końcu rozwiązanie. Ciężko jest znaleźć ulgę.

 

Układ pierwszy jest ciemniejszy, bardziej ciężki i groźny. Jawi się szaro i granatowo, jako trójwymiarowa makieta jakiejś nieokreślonej przestrzeni. Może to być przestrzeń geograficzna krajobrazu odległej wymarłej planety, albo nieudolna, pomylona reprezentacja karty, na której pielęgniarki w szpitalu wpisują dzienne leki. Kształt ten porusza się, zmienia formę, ale nigdy kompletnie się nie rozmywa. Płynie jakby latająca płaska i pokręcona ośmiornica bez macek. 

 

Drugi układ jest w zasadzie podobny, ma zbliżoną formułę, z tym że jest jaśniejszy, łagodniejszy, szary o mdłym odcieniu. Stanowi pewną alternatywę dla ciemnego groźniejszego układu. Wydaje się dawać pewną nadzieję, że zwrócenie się do niego może przynieść jakąś ulgę, jakieś rozwiązanie. To jednak nie następuje. 

 

Obcowanie z układami prowadzi więc do stałej oscylacji pomiędzy dwoma możliwościami które prawdopodobnie są wersjami tego samego problemu, który nigdy nie jest sformułowany do końca ale istnieje w trudnym zacisku — nie znika i męczy. Nie ma ucieczki. Nie ma ulgi. Nie ma jasności. 

 

Nie ma… niema, nie my, niemy … nie maaaaaaaa … nie ma manon … mais non le nom n’est plus … no way Norway … away

bottom of page