top of page

EMIGRACJA. LONDYN

W miarę jak ponura rzeczywistość stanu wojennego zaczęła się przeradzać w nieuchronność stanu permanentnej beznadziei zaczęliśmy myśleć jak wydostać się z kraju, w którym żyć nie dało. My pewnie byśmy się jakoś dostosowali. Przecież w naszym dotychczasowym życiu napotkaliśmy wiele przeciwności, z których jakoś wyszliśmy. Nie chcielibyśmy jednak, by nasze dzieci skazane były na dorastanie w zniewolonym społeczeństwie, w atmosferze strachu, obłudy i przeniewierstwa.  Prowadziliśmy, z żoną i czasem z przyjaciółmi “nocne rodaków rozmowy”, w czasie których analizowaliśmy różne aspekty powstałej sytuacji i próbowaliśmy sobie radzić z doświadczanymi bolesnymi przeżyciami. Te ostatnie łagodzone były, ale tylko po części, przy pomocy wina własnej roboty. Jego produkcja, którą jako samouk rozwinąłem, wynikała nie tylko z rynkowej konieczności, ale była dla mnie też poniekąd aktem samowystarczalności i protestu przeciwko narzuconym ograniczeniom. Kiedy pogłębialiśmy te rozważania w trzeźwych i pryncypialnych dyskusjach między nami dwojgiem, i wyłaniała się z nich nieuchronna konkluzja — trzeba stąd się wydostać.

 

Kiedy niechętnie i ze strachem myśleliśmy o perspektywie emigracji w naszych planach, które na tym etapie były w sferze spekulacji, pojawiła się Australia. Wielokrotnie pytano mnie później o uwarunkowania tego wyboru. Złożyło się nań kilka elementów. Był to przede wszystkim kraj daleki — dalej już nie było można, poza Nowa Zelandia. Chcieliśmy być jak najdalej od zgnębionej Polski, a także od podzielonej Europy, z Rosją rzucającą cień na jej wschodnią część. Wydawało się nam poza tym, że Australia mogła dać najbardziej realne szanse na zaakceptowanie nas jako imigrantów i na znalezienie zatrudnienia. Obowiązywały tam, jak wszędzie, ograniczenia w przyjmowaniu imigrantów, ale wiadomo było, że jest to kraj z zasady otwarty na imigracje. Australia wydawała się nam nie tylko dostępna językowo, ale interesująca kulturowo, atrakcyjna klimatycznie, no i dostatnia. Wiedziałem też, że istnieje tam towarzystwo psychoanalityczne.

 

Staraliśmy się zdobyć więcej informacji. Trochę ukradkiem (no bo ktoś mógł podpatrzyć!) jeździliśmy do ambasady australijskiej na Saskiej Kępie, skąd mogliśmy pożyczać książki ukazujące nam uroki Australii na zdjęciach i dostarczające pożytecznych wiadomości o tym kraju. Zapoznawaliśmy się też ze specyfika wymowy i słownictwem australijskiej odmiany angielskiego. 

Kiedy najostrzejsze ograniczenia ciągle trwającego stanu wojennego zostały zniesione, udało mi się załatwić wyjazd do Londynu na weekendowa konferencję towarzystwa brytyjskiego;  kontynuowałem przy tej okazji superwizje. Postanowiłem też zasięgnąć rady znanych mi i zaprzyjaźnionych analityków brytyjskich w sprawie planów emigracyjnych. John Klauber, który tak wiele mi pomógł i który stał się moim mentorem i przyjacielem niestety już nie żył. Zmarł nagle na atak serca w 1980 r. Rozmawiałem z doktorem Limentanim, który był wówczas przewodniczącym IPA i z Joe Sandlerem, który był sekretarzem. Powiedziałem im otwarcie, jaka jest sytuacja w Polsce i jakie wybory przede mną stoją. Obaj, podobnie jak inni, z którymi rozmawiałem, wykazali zrozumienie dla moich planów w kontekście tego co się stało w Polsce. Czułem, że mogę liczyć na moralne poparcie z ich strony i od IPA, jako przyszły analityk. Było to dla mnie niesłychanie ważne, choć oczywiście widziałem, że decyzja należy do mnie i że wszystko muszę sobie sam załatwić.

 

Pomoc okazali mi Moses i Eglé Lauferowie. Eglé była jedna z moich superwizorów i pomogła mi bardzo w mojej pracy analitycznej. Lauferowie byli związani z grupą współczesnych freudystów i z Anna Freud Centre. Dalecy byli od sektaryzmu i w pracy swojej stosowali otwarte, wielowymiarowe podejście. Przywiązywali zasadnicze znaczenie do bezpośredniego zaangażowania w materiał analityczny i w pracę w przeniesieniu, co, jak już się przekonałem, było typowe dla analityków brytyjskich. Szczególną dziedzina ich zainteresowania była patologia okresu dojrzewania. Wiele publikowali na ten temat (m.in zob. Laufer, M., Laufer EM, 2014/1984) Poza tym, prowadzili “walk-in” serwis ambulatoryjny dla adolescentów w Brent, która była jedna z uboższych i multietnicznych dzielnic Londynu. Rozumiejac dobrze psychologiczne potrzeby młodych ludzi i ich ambiwalencję w stosunku do terapii, stworzyli oni sprzyjające im warunki, dzięki którym każdy chętny mógł przyjść do ośrodka na rozmowę, bez żadnych kosztów i zobowiązań. Z tego, zależnie od potrzeb, mogły wyniknąć dalsze spotkania, lub propozycja terapii. Program ten fundowany był przez zarząd dzielnicy I brali w nim udział analitycznie wyszkoleni terapeuci. Oprócz tego analitycy będący w tym zespole prowadzili fundowany z dotacji psychoanalityczny program badawczy, w ramach którego oferowano długoterminowe analizy wybranym młodocianym pacjentom. Materiał z tych analiz był szczegółowo rozpatrywany pod kątem analitycznego podejścia do specyfiki adolescencji.

 

W wyniku moich londyńskich rozmów na jesieni 1982 r. Lauferowie przysłali mi formalne zaproszenie, które było niezbędne, bym mógł uzyskać zgodę na dłuższy wyjazd do Londynu. Miał to być wyjazd oficjalny o charakterze szkoleniowym, bo takie uzasadnienie dawało podstawy do uzyskania rocznego urlopu bezpłatnego i, co najważniejsze, łączyło się z możliwością odwiedzin przez rodzinę po trzech miesiącach. Udało mi się taki wyjazd załatwić. Zespół rasztowski wykazał zrozumienie; były przecież precedensy poprzednich dłuższych wyjazdów nie tylko moich, ale i innych kolegów. Aktualny umundurowany dyrektor (był nim n.b. jeden z psychiatrów, mianowany w stanie wojennym na miejsce poprzedniego “gierkowskiego” dyrektora, który gdzieś zniknął) zgodził się na mój urlop bezpłatny. Ministerstwo dało paszport służbowy, z zastrzeżeniem, że tak jak przy moich poprzednich wyjazdach, wszystkie koszty pobytu będzie ponosić strona zapraszająca. Łatwość, z jaką udało mi się to załatwić paszport służbowy może wydać się dziwna. Stan wojenny jeszcze częściowo obowiązywał. Poza tym wiadomo było, że każdy dłuższy wyjazd na zachód w tym okresie, a zwłaszcza z rodziną, może łatwo skończyć się w emigracją. Być może nie chciano mi emigracji utrudnić i dlatego w staraniach swoich napotkaliśmy same zielone światła!

 

Nie wyjeżdżałem z pieśnią na ustach (chyba, że byłby to polonez Ogińskiego), ale z niepewnością i smutkiem. Nie miałem oczywiście żadnej pewności, że uda się załatwić emigrację, ale byliśmy na tyle zdesperowani i zdeterminowani ,by możliwość tę serio rozważyć. Przykro mi było zostawiać swoich pacjentów analitycznych, choć pocieszałem się, że byli już dostatecznie zaawansowani. Przypuszczałem że Rasztów będzie funkcjonował beze mnie zupełnie dobrze. Wprowadziliśmy sporo zmian strukturalnych. Poradnia rozszerzyła się o osoby, które przeszły do nas z tzw. Poradni Konsultacyjnej, założonej i kierowanej poprzednio przez Izę Osuchowska. Rozszerzyło to możliwości leczenia ambulatoryjnego w naszej poradni, zwłaszcza dla pacjentów porasztowskich, z których wielu tego potrzebowało. Między innymi zaczęliśmy stosować wprowadzona przez Kasię Walewska na wzór francuski sesje psychodramatyczne z jednym pacjentem. Oprócz tego stworzyliśmy, jako eksperyment, specjalna grupę, na która pacjenci przychodzili razem z ich indywidualnymi psychodramatycznymi terapeutami (Lapiński, 1985; Jaworska-ref). Sektor terapii rodzinną bardzo się rozwinął pod kierownictwem Ali Tworskiej, która szkoliła też inne osoby, i była kierownikiem całej Poradni. Odpowiedzialność za Rasztów przejął Jurek Pawlik, który po moim odejściu stał się kierownikiem całego zespołu. W tym układzie pełniąc nadal rolę kierownicza i superwizyjną w stosunku do całego Ośrodka Psychoterapii Nerwic, jak go teraz nazywaliśmy, mogłem kontynuować swój rozwoju w kierunku indywidualnej psychoanalizy. Kiedy podjąłem decyzję wyjazdu mogłem też mieć pewność, że zostawiam dobry zespół, którego praca oparta jest na solidnych podstawach organizacyjnych, pod kompetentnym kierownictwem. 

 

Niemniej jednak zdawałem sobie sprawy, że gdyby mój wyjazd doprowadził do emigracji, stanowiłoby to zakłócenie dla wielu, opuszczenie dla innych, a może nawet i zdradę dla niektórych. Byłem świadom, że zrozumienie w takim przypadku nie musi koniecznie oznaczać pogodzenia się i wybaczenia. Świadomość tego była jedna z gorzkich pigułek, które jako emigranci musieliśmy przełknąć. Oczywiście na tym etapie nie dzieliśmy się nawet z najbliższymi naszymi zamiarami. Natomiast wiedziałem, że w czasie mojej długiej nieobecności żona i dzieci mogły liczyć na pomoc rodziny i przyjaciół. Finansowo byli zabezpieczeni. Sprzedaliśmy samochód, ona sama pracowała, a z racji tego, że dostałem urlop służbowy przysługiwała jej cześć mojej pensji (Uzyskaną z racji tego sumę zaoferowałem później, z emigracji, zwrócić pracodawcy. Spotkałem się z wyniosłą odmową). Emocjonalnie był to niezwykle trudny okres dla nas wszystkich. 

W marcu 1983 r. znalazłem się w Londynie. Byłem bez pieniędzy, nie miałem mieszkania, a plany emigracyjne przedstawiały się mgliście. Najpierw mieszkałem po kątach u życzliwych przyjaciół i znajomych, ale już wkrótce mogłem wynająć pokój zaoferowany mi za niewielką odpłatą przez parę zaprzyjaźnionych analityków. Mogłem się utrzymać dzięki temu, że Lauferowie dali mi zatrudnienie w swoim program badawczy. Program ten opierał się na szczegółowej analizie procesu klinicznego. Punktem wyjścia były dyskusje materiału z sesji analitycznych prezentowanych na zebraniu zespołu. dążono też do wypracowania metody, która by posłużyła do systematycznej i porównywalnej  analizy badawczej, pod kątem znalezienia prawidłowości i uwarunkowań specyficznych dla analiz adolescentów. Ja wziąłem na siebie opracowanie kategorii, które pozwoliłyby na uchwycenie znaczących elementów interakcji analitycznej, takich jak impuls, obrony, przeniesienie itp. Przyjąłem punkt wyjścia podobny do tego, którego używano w analizie procesów grupowych (Whitaker, S.C. & Lieberman, M.,1964), gdzie wyróżniano kompromisowe rozwiązanie nieświadomego konfliktu  między zagrażającym impulsem a procesami obronnymi, i gdzie postulowano, że efekt procesu psychoterapeutycznego można mierzyć zmianami w tych ”rozwiązaniach” - w kierunku coraz większej swobody ekspresji i zmniejszania lęków. Uważałem, że ten sposób myślenia może być pomocny w analizowaniu materiału klinicznego z indywidualnych psychoanaliz. Włożyłem w opracowanie odpowiedniego systemu kategorii sporo pracy i byłem w stanie przedstawić wstępny projekt tuż przed naszym odlotem do Australii.

 

Natychmiast po przyjeździe złożyłem papiery w ambasadzie australijskiej. Australia, jak się przekonałem, była z jednej strony otwarta na imigracja, ale nabór był bardzo selektywny. Był w zasadzie oparty na kategoryzacji według punktów, które określały wykształcenie, kwalifikacje, możliwości zatrudnienia, posiadany kapitał, itd. W stosunku do ubiegających się o wizę na gruncie humanitarnym lub politycznym istniały specjalnie kategorie. W moich staraniach pomagał mi Warren Kinston (analityk londyński pochodzących z Australii), który wraz żoną, Verity, okazali mi wiele  przyjaźni i pomocy w czasie moich poprzednich przyjazdów. Teraz znalazłem w nich oparcie w tym krytycznym dla mnie okresie.

 

Po złożeniu mojej aplikacji zaczął się okres pełnego niepokoju czekania, zarówno na odpowiedź Ambasady, ale też na przyjazd żony z dziećmi, którzy mogli ubiegać się o paszport po trzech miesiącach. Wypełniałem jednak ten czas zajęciami, nie tylko w ośrodku Brent, ale także w Instytucie Psychoanalizy. Umożliwiono mi uczestniczenie w zebraniach Towarzystwa Brytyjskiego, w seminariach dla studentów oraz korzystanie z biblioteki. Byłem wdzięczny za tę sposobność do nieformalnej, ale tak pomocnej, kontynuacji mojego szkolenia analitycznego. Starałem się korzystać z tego na ile mogłem, i na ile uczucia rozstaniowe oraz niepokój o przyszłość mi nie przeszkadzały. Te kontakty analityczne były bardzo uczące. Konfrontowały mnie również z nowymi i nieznanymi mi stronami psychoanalizy. Dzięki nim uzyskałem lepsze zrozumienie podejścia kleinowskego. Na żywo doświadczałem różnic w podejściach teoretycznych i praktycznych, które były widoczne i dyskutowane na każdym kroku. Niektóre doświadczenia były konfrontujące. Tak na przykład, chcąc się zapoznać z zupełnie mi nieznanym Bionem zapisałem się na seminaria poświęcone jego pracom prowadzone przez doktora Feldmana. Seminaria były na całkiem wstępnym poziomie i były dobrze prowadzone, ale mimo to niewiele byłem z nich w stanie skorzystać, bo po prostu nie miałam pojęcia o tym, co czytałem, i nie rozumiałem, o czym była mowa. Wiele lat upłynęło zanim dojrzałem do powrotu do Biona.

 

Moje kontakty z analitykami brytyjskimi miały też miejsce na gruncie prywatnym i towarzyskim. Miałem okazję do rozmów, byłem zapraszany na spotkania towarzyskie i luncze, rozszerzało się grono moich znajomych. Poznałem Hannę Segal i poprzez nią przedstawicieli grupy kleinowskiej. Obserwowałam z ciekawością jak żywe i przyjazne mogą być kontakty na gruncie prywatnym pomiędzy osobami należacymi do odmiennych ugrupowań Towarzystwa, które publicznie ostro polemizowały ze sobą i zwalczały się, gdy przyszło do polityki. 

 

Poznałem też osoby pracujące w Tavistocku, związane z prowadzonym tam w duchu kleinowskim programem szkoleniowym psychoterapii dziecięcej. Program ten zachował odrębność od Towarzystwa Brytyjskiego, choć uczestniczyli w nim również analitycy, członkowie Towarzystwa. Pracownicy którzy do niego nie należeli też reprezentowali wysoki poziom wyszkolenia analitycznego, lecz stosowanego niekoniecznie w pełnych analizach, ale w różnych formach psychoterapii dzieci i młodzieży, przy czym praktykowanej w sektorze publicznym. Było to zgodne z kierunkiem Tavistocku, którego inne sektory wdrażały psychoanalityczne podejście do pracy z dorosłymi, a także z grupami i organizacja. 

 

Prace Tavistocku miały ogromny wpływ w Anglii. Były one praktycznym wyrazem ethosu 

(podzielanego też przez wiele członków Towarzystwa Psychoanalitycznego) mającego swoje początki w społecznie zorientowanym “welfare state”, jaki powstał w Wielkiej Brytanii po wojnie, zgodnie z którym służba zdrowia i pomoc psychologiczna miały być dostępna w sektorze publicznym. Przyczyniło się to do zaangażowania wielu psychoanalityków i psychoterapeutów w różne formy działalności konsultacyjnej i terapeutycznej w ramach służb i organizacji fundowanych przez państwo. 

 

W Tavistocku działał Donald Melzer, który, choć zagorzały kleinista, “nie pomieścił się” w Towarzystwie i kontynuował swoją błyskotliwa karierę poza nim. Miał on znaczący wpływ na program Tavistocku. O wartości jego pracy można przekonać się czytając jego Kleinian Development. Książka ta stanowi zbiór jego wykładów wygłoszonych właśnie Tavistocku, w których Meltzer znakomicie pokazuje rozwój myśli psychoanalitycznej na osi Freud - Klein - Bion (Meltzer, 2008). 

 

W Tavistocku, dzięki pracy Esther Bick i żony Meltzera, Marty Harris, rozwinięto program obserwacji niemowląt, który stanowił wstępną, ale bardzo istotną część szkolenia. Metoda ta miała na celu rozwinięcie umiejętności obserwacji trudno uchwytnych i prymitywnych procesów emocjonalnych, jakich można doświadczać w kontakcie z niemowlętami i z ich matkami, a także w ich wzajemnych interakcjach. Model ten został szeroko przyjęty w Anglii i w innych krajach, w tym przez wiele towarzystw analitycznych, jako część treningu. 

 

Użyteczność tego podejścia dla pracy analitycznej, zwłaszcza z bardzo zaburzonym pacjentami, zrozumienie których napotyka na duże trudności, i którzy komunikują się na poziomie niewerbalnym wydawałaby się oczywista. Wprowadzanie tej metody spotykało się jednak (i zresztą nadal się spotyka) z oporem ze strony organizacji psychoanalitycznych, w tym, jak rozumiem początkowo nawet Towarzystwa Brytyjskiego.

 

Wielu analityków brytyjskich rozszerzało granice psychoanalizy, wkraczając w trudne rejony kliniczne, jak psychozy czy perwersje. Niektórzy, nadal stosując podejście psychoanalityczne, uprawiali ją także w innym kontekście, jak np. na oddziałach szpitalnych. Wymagało to stosowania złożonych programów terapii oraz wielodyscyplinarnego podejścia, jak np. w znanym szpitalu w Cassel pod Londynem. W czasie mojego pobytu w Londynie miałem okazję zapoznać się z pracą podobnego oddziału dla psychoz, który prowadził, w ramach szpitala psychiatrycznego, psychoanalityk Murray Jackson. Oddział ten był prowadzony na zasadzie społeczności terapeutycznej i program leczniczy był wielowymiarowy. W ramach tego programu Murray Jackson prowadził psychoanalityczne wywiady ze szczególnie problematycznymi pacjentami/ Wywiad prowadzony był za jednostronna szybą (one-way screen), toteż mógł go obserwować personel i zaproszeni goście. Po wywiadzie miała miejsce psychoanalityczna “case conference”, z udziałem wszystkich obecnych, co dawało okazje do lepszego zrozumienia pacjenta i do dokonania przeglądu jego leczenia. Trudno było nie podziwiać talentu Murray Jacksona, którzy z wielką umiejętnością, taktem i humanizmem potrafił zaangażować bardzo zaburzonych i niedostępnych pacjentów w rozmowy, w których odkrywali oni trudne i głębsze warstwy swojej psychiki. Było to dla mnie niezwykłą lekcja, pokazującą jak podejście psychoanalityczne może być użyteczne w leczeniu psychoz. Spektakularna efektywność takiego rodzaju kontaktu nie oznaczała jednak niedoceniania pobytu na oddziale teraz z jego programem terapeutycznym.

 

Pod wpływem tych wszystkich moich doświadczeń nabrałem przekonania, że psychoanaliza i psychoterapia powinny mieć miejsca nie tylko w kosztownej i mało dostępnej praktyce prywatnej, ale być stosowana w publicznej służbie zdrowia, a także w innych dziedzinach działalności ludzkiej, jak edukacja, praca i sztuka. Przekonaniu temu starałem się mu dać wyraz później w mojej pracy w Australii.

 

W sumie Towarzystwo Brytyjskie jako całość, jego wybitni przedstawiciele, ale także mniej powszechnie znani, a dla mnie bardzo znaczący, odegrali znaczącą rolę w tworzeniu się mojej osobowości analitycznej. W moim stosunku do Towarzystwa można się dopatrywać pewnej idealizacji, łatwiejszej do utrzymania z pozycji gościa, który miał szczęście doznawania głównie pozytywnych stron, a niewłączony był np. często brzydką politykę, i nieświadom “skeletons in the cubboard”. Tym niemniej myślę, że to ugrupowanie analityczne było w tym okresie rzeczywiście wyjątkowe. Miało wybitnych założycieli, w ogniu polemik i kontrowersji, wyprodukowało szereg wybitnych jednostek, a także stworzyło  klimat, w którym w rozwijała się autentyczna, rzetelna i twórcza psychoanaliza.

 

Miałem kontakt z tym Towarzystwem przez szereg lat, ale oczywiście mój dłuższy pobyt na drodze do Australii był szczególnie znaczący. Nie był to tylko przystanek po drodze, ale, mimo stresów którym w tym czasie doświadczałem, okres przełomowy i formacyjny. W Londynie poznałem też wielu przyjaznych i interesujących ludzi, doświadczyłem, razem z rodziną, niezwykłej życzliwości i pomocy. Nie zostałem zaadoptowany, ale można powiedzieć, że wśród nich znalazłem dobry “foster home”, w którym wiele się nauczyłem, i dzięki droga do emigracja, choć nie bezbolesna, była łatwiejsza. Pozostajemy im wszystkim głęboko wdzięczni.

 

Akceptacja nas jako imigrantów przez Australię wymagała znalezienia miejsca do mieszkania i możliwości pracy. Zaczynaliśmy od zera i bez żadnych środków finansowych. W Londynie poznałem sporo osób, które miały takie czy inne kontakty z Australią. Starałem się wykorzystywać i wyjaśniać czy mogą one w naszych zamiarach pomóc. Poza tym nawiązywałem kontakt z instytucjami w Australii, które mogłyby mi zaoferować pracę. 

 

W Australii psychoterapia i psychoanaliza odbywają się w zasadzie w ramach praktyki prywatnej. Praktyki lekarskie podlegają rejestracji i są subsydiowane przez system Medicare. Prowadzenie takiej praktyki jako nie-lekarz nie wydało mi się właściwe. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, możliwości psychoterapii w sektorze publicznym w zasadzie nie było. Na początek najbardziej realistyczną propozycją wydawało mi się znalezienie pracy jako psychiatra. Moje medyczne i psychiatryczne kwalifikacje nie były jednak automatycznie uznawane, a rejestracja wymagała szczególnych zabiegów, łącznie z egzaminami, oraz wstępnych gwarancji ze strony miejsca zatrudnienia. Niełatwo to było uzyskać i wiele prób pozostało bezowocnych.

 

Do “pośrednio australijskich” kontaktów należała Dilys Daws. Pracowała w Tavistoku jako psychoterapeuta dziecięcy, a jej mężem był psychoanalityk Eric Rayner (przedstawiciel grupy Niezależnych, autor ksiażek, m.in., The Independent Mind in British Psychoanalysis. (Rayner 1990) Należeli oni do kręgu zaprzyjaźnionych osób, potem okazali wiele przyjaźni mojej rodzinie. Dilys znała Australię ze swoich wizyt, bo jej pierwszym mężem był malarz australijski. Miała wiele dobrego do powiedzenia o Australii i to co o niej opowiadała potwierdzało nasze pozytywne wyobrażenia. Odnaleźliśmy później w letnim australijskim buszu niezwykły odurzający zapach eukaliptusów, który Dilys wspominała z takim sentymentem.

 

Niezwłocznie złożyłem w australijskiej ambasadzie - w Londynie (nazywanej High Commission) - podanie, w którym ubiegałem się o przyjęcie nas jako imigrantów. Oprócz przedstawienia ogólnych danych, podkreśliłem swoje kwalifikacje jako lekarza, specjalisty psychiatry i doświadczonego psychoterapeuty, co powinno zagwarantować zaakceptowanie mnie jako wartościowego nabytku dla Australii. Tak się jednak nie stało i spotkałem się z szybką odmowa. Okazało się, że akceptacja wchodziłaby w grę tylko w przypadku gdyby jakiś pracodawca miał dla mnie zagwarantowane specyficzne miejsce pracy. Nic takiego nie miałam na widoku, a tym moja formalne kwalifikacje nie były automatycznie uznawane. 

 

Zorientowałem się, że popełniłem błąd merytoryczny i taktyczny. Nie podkreśliłem, że nasza prośba o dostanie się do Australii wynikała nie tyle z chęci znalezienia korzystnego zatrudnienia, ile podyktowana była ważniejsza potrzebą — dostania się do kraju, w którym mogliśmy bezpiecznie, godnie i swobodnie żyć. Postanowiliśmy opuścić nasz nie dlatego, że nie mieliśmy szynki do chleba, ale ponieważ nie dało się w nim oddychać. 

 

Złożyłem więc uzupełnienie swojego podania, podkreślając tym razem znaczenie warunków politycznych w Polsce oraz naszych, obecnych i przyszłych, egzystencjalnych problemów związanych z ta sytuacja. Tym razem odpowiedź, która nadeszła dość szybko, jeszcze przed przyjazdem mojej rodziny, była pozytywna. Mieliśmy być zaakceptowani w ramach specjalnego humanitarnego programu dla uchodźców. W ramach tego właśnie programu Australia umożliwiała osiedlenie się uchodźcom ”lżejszej” kategorii, w stosunku do których rząd nie brał na siebie żadnych zobowiązań. Starający musieli sami opłacić przelot, a na miejscu postarać się o mieszkanie i zatrudnienie. Wymogiem było, by jakaś organizacja społecznościowa sponsorowała ich, dając gwarancje, że w razie czego się nimi zaopiekuję, tak aby ewentualne koszty nie spadły na instytucje rządowe.

australia emblem.jpg

Przełomowym momentem dla mnie było przybycie żony i dzieci w lipcu 1983 r. Kiedy zobaczyłem ich na lotnisku znalazłem się w innym świecie. Witałem ich z ogromną radością i wzruszeniem. Przez kilka miesięcy mieliśmy z żoną kontakt bardzo ograniczony; baliśmy się rozmawiać otwarcie przez telefon; w listach używaliśmy kodu. W związku z tym nie była ona w pełni poinformowana o rozwoju sytuacji i o wszystkich peregrynacjach. Miało to pozytywną stronę, bo mogła się mniej denerwować. Miała dosyć problemów — cała praktyczna strona spraw związanych z wyjazdem w spadła na nią. Musiała się zajmować dziećmi, i to sama. Jej mama, ulubiona przez dzieci Babunia, niedługo przedtem zmarła. Brakowało mi żony, tęskniłem też za dziećmi. Córka miała 10, syn 6 lat. Dla obojga wyjazd podróż były wielkim przeżyciem: syn wymiotował w czasie lotu, a u córki tuż przed wyjazdem wyskoczyła wysoka gorączka. Po wylądowaniu jednak nie było śladu żadnych objawów. Objęliśmy się wszyscy razem ze wzruszeniem i z ulgą. 

 

Skończyła się nasza rozłąka i mimo, że niepewność co do przyszłości trwała, a trudności nie brakowało, wiedziałem, że skoro jesteśmy razem znajdziemy gdzieś sobie miejsce w świecie. Oczywiście możliwość powrotu do Polski nadal istniała, ale w naszej determinacji postanowiliśmy zrobić wszystko, by znaleźć drogę do emigracji. Nie wyobrażaliśmy sobie życia w takiej Polsce jaka nastała, a Polsce na nas też specjalnie zależało. Wbrew naszym obawom, żona nie miała najmniejszych trudności z dostaniem paszportu. W urzędzie dzielnicowym milicji jej podanie natychmiast załatwiono, ostrzegając ją tylko ze śmiechem, że może się spodziewać większych oporów ze strony Anglików. Rzeczywiście, przy staraniu o wizę w ambasadzie brytyjskiej żona została poddana szczegółowej i niezbyt przyjaznej inwigilacji, która dotyczyła głównie naszych środków utrzymania w Anglii. Władze brytyjskie skonfrontowane ze sporą liczbą uchodźców z takich krajów jak Polska, utrzymywały z jednej strony w stosunku do nich postawę humanitarną, ale zarazem nie chciały ponosić kosztów ich pobytu. Osiedlenie się w Wielkiej Brytanii w zasadzie wykluczyliśmy. Liczyliśmy na to, że w Australii łatwiej znajdziemy sobie miejsce, ze względu na to, że jej polityka emigracyjna była bardziej integrująca. Przypuszczaliśmy też, że ze względu na mniejsze klasowe rozwarstwienie, my, a zwłaszcza nasze dzieci, nie będziemy czuć się obywatelami drugiej kategorii, co miałoby pewnie miejsce gdybyśmy osiedlili się w Wielkiej Brytanii. Z krajów angielskojęzycznych podobnie przedstawiała się Kanada, którą też rozważaliśmy, bo wydawało się to kraj podobnie otwarty i interesujący. Nie odpowiadała nam jednak bliskość Kanady do USA, do których nie byliśmy entuzjastycznie nastawieni. Ponadto klimat nie wydawał nam się tak przyjazny jak w w Australii, a nie sądziliśmy by miało nam brakować mroźnych zim.  

 

 Zaraz po przyjeździe żona wraz dziećmi odbyli wizytę w australijskiej ambasadzie. Procedura obejmowała szczegółowy wywiad i badania lekarskie, po czym wstępna akceptacja naszej rodziny jako imigrantów została zatwierdzona. Zaczęło się nasze wspólne życie w Londynie. Udało nam się znaleźć mieszkanie, i to w dobrej dzielnicy, które zaoferował, za niewysoką opłatą, jeden z przyjaciół. Były to dwa pokoje z kuchnią, co zaspakajało nasze wszystkie potrzeby. Dzieci miały swój pokój, miejsce do zabaw, telewizor. Względne poczucie komfortu i bezpieczeństwa zakłócone było jednak świadomością tymczasowości i niepewnościa co do przyszłości. W tej sytuacji trudno też nam było w pełni korzystać ze wszystkich atrakcji Londynu. Nie mieliśmy ochoty na zwiedzanie zabytków ani na chodzenie po galeriach czy muzeach. Wyjątkiem było British Museum, gdzie dzieci zaprowadziliśmy, a także ZOO. Miało tam miejsce pierwsze zetknięcie z fauna australijską i nie było ono zachęcające. Kiedy córka chciała pogłaskać kangura ruszył na nią i drapnął ją, na szczęście nieszkodliwie. Potem dowiedzieliśmy się, że kangury, których nie zalicza się do niebezpiecznych stworzeń, bywają agresywne, zwłaszcza samce, które potrafią pazurami rozpruć brzuch rywalowi, ale także, jeśli niefortunnie znalazłby się na jego miejscu, przedstawicielowi gatunku ludzkiego.

 

Wiele z naszych aktywności było nastawionych na dzieci. Ja kontynuowałem swoje zajęcia zawodowe, ale resztę czasu spędzaliśmy wszyscy razem na spacerach, zabawach, zakupach (ograniczonych przez nasze skromne środki finansowe). Ja byłem już trochę obyty z merkantylna strona kapitalizmu, ale dla nowo przyjezdnych ze zdeprywowanej ekonomicznie Polski zakupy w znakomicie zaopatrzonych supermarketach stanowiły rodzaju atrakcję, nie mówiąc już o wizytach, na zasadzie “window shopping”, w znanych domach towarowych, takich jak Harrods. Wyprawa do Hamley’a, domu towarowego przeznaczonego specjalnie dla dzieci, była dla nich wydarzeniem. Mieszkaliśmy w Kensington, mieliśmy bardzo blisko do parków, które były stałym celem naszych spacerów. Dla dzieci znaleźliśmy blisko małą lokalną, katolicką szkoła. Przyjmująca siostra była wprawdzie zainteresowana, czy dzieci były chrzczone, ale deklaracja wiary nie była warunkiem przyjęcia. Szkoła okazała się przyjazna i pomocna dla naszych dzieci, które nie znały ani słowa po angielsku. Co więcej, syn dopiero zaczynał swoją szkolną edukację. Nie obeszło się bez nieuniknionych trudności w komunikacji i nieporozumień, ale na ogół zabawnych. Z tego cośmy się od dzieci dowiadywali, było to dla nich głównie pozytywne doświadczenie, we wspierającej atmosferze i bez żadnej dyskryminacji. My też byliśmy zadowoleni bo było to ważnym sprawdzianem na w miarę bezproblemowe wprowadzanie dzieci w inną, obcojęzyczną kulturę. Przecież podejmując decyzję o emigracji mieliśmy w dużej mierze na względzie ich dobro. To był nienajgorszy początek.

ze szkoly_edited.jpg

Również w lipcu udałem się na kongres IPA, które tym razem miał miejsce w Madrycie. Pewnie bym go sobie darował, bo było to tuż po przyjeździe mojej rodziny, ale spotkanie to było dla mnie bardzo ważne, gdyż wiedziałem, że zostanę na nim uznany jako Direct Associate Member IPA. Nie była to dla mnie czysta formalność. Było to uwieńczeniem pierwszego, niełatwego i żmudnego, etapu moje drogi psychoanalitycznej. Poza tym, stawałem się w ten sposób uznanym psychoanalitykiem, co dawało mi przepustkę do starania się o członkostwo towarzystw psychoanalitycznych na całym świecie. W tym oczywiście Australii.

 

Myślałem, że w Madrycie uda mi się nawiązać kontakt z członkami Towarzystwa Australijskiego. We wczesnym okresie mojego pobytu w Londynie poznałem już parę osób, a to dzięki analitykom Symingtonom, Nevillowi i Joan. Joan pochodziła z Melbourne, ale osiedliła się, założyła rodzinę i odbyła trening w Anglii. Neville, analizant dobrze mi znanego doktora Klaubera, nie miał jeszcze późniejszego światowego rozgłosu, ale był jednym z wybitnych i twórczych przedstawicieli grupy Niezależnych. Był to bardzo miły kontakt, który potem, jak się okazało, mogłem kontynuować z nimi na miejscu w Australii, w ramach naszego Towarzystwa. Niedługo po mnie przyjechali do Australii, osiedlili się w Sydney i odegrali znaczącą rolę w rozwoju Towarzystwa Australijskiego. Neville był autorem wielu książek i stał się szeroko znany.

 

W Madrycie nie miałem szczęścia, jeśli idzie o nawiązanie kontaktów z przyszłymi australijskimi kolegami. Wprawdzie przyjechało ich kilkoro, ale w pierwszych dniach ulegli jakiemuś zatruciu pokarmowemu. Wyjaśniono mi, że żołądki ich, przyzwyczajone do owoców morza środowiskowo czystej Australii (co było faktem), nie zniosły tych produktów pochodzących z Morza Sródziemnego. Spotkałem się na krótko tylko z jednym z analityków i za jego radą skierowałem prośbę o sponsorowanie do sekretarza Towarzystwa Australijskiego.

Madryt_edited_edited.png

At  the "psychoanalytic graduation" in Madrid with Dylis Daws and Eric Rayner

Zakładałem, że poręczenie /sponsorhip będzie deklaracją wyłącznie formalną i nie liczyłem na żadne materialne wsparcie. Czekajac na sponsorhip wszczałem intensywną działalność, by znaleźć pracę w Australii. Wykorzystywałem moje londyńskie kontakty i rekomendacje; pisałem do różnych instytucji psychiatrycznych, głównie do szpitali, z zapytaniem o możliwości pracy; zwracałem się do departamentów zdrowia poszczególnych stanów Australii, by wyjaśnić sprawę rejestracji medycznej i psychiatrycznej. Te dwie rejestracje były traktowane osobno: medyczna przyznawana była przez lokalny departament zdrowia na podstawie orzeczenia przez Medical Board, który w przypadku cudzoziemców z reguły wymagał zdawania ogólnomedycznego egzaminu; specjalistyczna rejestracja psychiatryczna, podobnie jak w Polsce, przyznawana była przez krajowe zrzeszenie psychiatrów, które w przypadku obcokrajowców decydowała na podstawie ich kwalifikacji, jakie wymagania egzaminacyjne muszą spełnić. 

 

Jak z tego widać, medyczne organizacje profesjonalne w Australii nie tylko miały kontrolę nad uznawaniem kwalifikacji miejscowych absolwentów, ale decydowały też o dopuszczaniu do pracy w różnych dziedzinach medycyny przybyszów z innych krajów. Było otwartą kwestią, na ile przyświecała temu idea kontroli jakości oferowanych usług medycznych, a na ile chodziło o utrzymanie monopolu nad rynkiem pracy.

 

Aby to obejść, mogłem praktykować psychoterapię jako nie-lekarz. Ta dziedzina była w Australii zupełnie nieregulowana. Każdy mógł otworzyć gabinet pod dowolnym szyldem, nazwać się jak chciał i praktykować w sposób tylko przez siebie określony. Byle tylko przestrzegał prawa i płacił podatki, nikt mu nie patrzył na ręce. Dotyczyło to też psychoterapeutów. Jeśli komuś nie zależało na przynależności i aprobacie któregoś z australijskich towarzystw profesjonalnych, mógł swobodnie prowadzić praktykę prywatną. Była to tylko kwestia znalezienia pacjentów czy klientów.

 

Tutaj jednak lekarze mieli spora przewagę. Nie tylko z racji ich dość wysokiego statusu profesjonalnego, ale także ze względu na to, że świadczenia w ramach praktyki prywatnej pokrywał system powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, Medicare. W systemie tym ustalone były w szczegółowym wykazie stawki przyznawane lekarzom za poszczególne świadczenia. Pacjent płacił dodatkowo z własnej kieszeni tylko wtedy, kiedy lekarz żądał wyższego honorarium. To było bardzo częsta praktyką, zwłaszcza w przypadku specjalistów, związku z czym ich stawki i zarobki bywały wysokie (szczególnie w dziedzinach zabiegowych). System Medicare przyczyniał się do powszechności i dostępności świadczeń zdrowotnych, zrozumiałe więc, że był bardzo popularny. Wątpliwości mogło budzić, że faworyzował lekarzy pracujących w systemie prywatnym. Spora część pieniędzy podatników trafiała do ich kieszeni zamiast być skierowana do sektora publicznego. Ten oczywiście istniał i w jego ramach oferowane była znaczna większość opieki szpitalnej. Należały do niej teaching hospitals -  szpitale powiązanymi z wydziałami medycznymi uniwersytetów. Przyciągały one wysokiej klasy specjalistów oraz szkoliły młodych lekarzy.

 

Zrozumienie tego kontekstu byłoby ważne, ale miałem o tym wszystkim raczej mgliste pojęcie kiedy z dystansu Londynu myślałem o znalezieniu dla siebie miejsca, gdzie mógłbym pracować. Na podstawie tego co się dowiadywałem wyglądało, że na tym etapie mała jest szansa na wykorzystanie moich kwalifikacji i doświadczenia jako psychoterapeuta, i że na rozwijanie moich ambicji jako psychoanalityk też trzeba będzie zaczekać. Musiałem znaleźć sposób na uzyskanie rejestracji, ale więc zaakceptować, że będę musiał zacząć pracę jako zwykły psychiatra. 

 

Po paru frustrujących miesiącach, wypełnionych obfita korespondencję i żmudnymi, ale bezowocnymi poszukiwaniami, pokazało się wreszcie światło w tunelu: przyszła realistyczna oferta z Adelajdy, stolicy Południowej Australii. Okazało się, że w tym stanie możliwe była tymczasowa trzyletnia rejestracja pod warunkiem zaoferowania pracy przez lokalną instytucje. Dyrektor jednego z tamtejszych szpitali psychiatrycznych, Hillcrest, który potrzebował psychiatrów zaoferował mi pracę. Miałem pracować na jednym z oddziałów na pół etatu jako Medical Officer (psychiatra nie traktowany jako specjalista). Pozostały czas mógłbym przeznaczyć na nieodpłatne staże i studia, które pozwoliłyby mi przygotować się do ogólnego egzaminu medycznego. Po jego zdaniu uzyskałbym pełna, stała rejestrację medyczną. Rejestracja psychiatryczna byłaby rozpatrywana na następnym etapie. 

 

Propozycja z Hillcrest wydawała się optymalna w istniejących warunkach. Załatwiała nasze zasadnicze potrzeby, toteż przyjęliśmy ją bez większego wahania. Jak się zorientowaliśmy, Adelajda była miastem mniejszym od Sydney i Melbourne. Nie miała wielu atrakcji dostępnych w tych bardziej ożywionych metropoliach, ale za to była spokojniejsza i mniej przeludniona, a klimat był przyjemny, ciepły i raczej suchy. Przez pierwsze trzy miesiące mogliśmy mieszkać w domu na terenie szpitala, za niewygórowana odpłatnością. Szkoła dla dzieci była niedaleko.

 

Pieniądze na bilety musieliśmy pożyczyć od pomocnych ludzi. Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Australii, tym bardziej że tam było już lato, a zima w Londynie, na którą nie byliśmy ubraniowo przygotowani (nie mieliśmy naszych polskich kożuchów, które żona przed wyjazdem sprzedała), zaczęła dobierać się nam do kości. 

 

Decyzję o przyznaniu wizy, co oznaczało ostateczne zaakceptowanie nas jako imigrantów przez Australię, dostaliśmy parę dni przed świętami Bożego Narodzenia. Ambasada dostała z Australii potwierdzenie sponsorhipu, ale jak się okazało, złożonego nie przez Towarzystwo Psychoanalityczne - to miało nadejść dopiero później - ale przez nieznaną nam organizację polonijna w Adelajdzie. Nie zwracaliśmy się do niej, i mimo starań, nie się komu mamy zawdzięczać to poparcie. Była to kolejna anonimowa przysługa, jakich doświadczaliśmy w innych okazjach, oferowana przez kogoś kto nie dopominał się o wdzięczność.

 

Bilety lotnicze załatwiliśmy na 3 stycznia 1984 roku. Można powiedzieć, że ta orwellowska data, rok kojarzący się z systemem opresji i zniewolenia, z którego nie można się wyrwać, dla nas zadziałała dokładnie w odwrotnym kierunku - otworzyła mam drogę ku wolności i ku słońcu.

to australia.jpg
bottom of page