Studio Michała Łapińskiego
THE NEW AUSTRALIANS
Adelajda


List ten napisany do przyjaciół i rodziny zaraz po przyjeździe oddaje nasze pierwsze wrażenia: pogody, spokoju, wygody i życzliwości - jakich doświadczyliśmy w Adelajdzie. Sam dyrektor szpitala przywitał nas na lotnisku, zawiózł nas do naszego domu i zaprowadził na obiad do szpitalnej stołówki. Poza tym zapoznał nas z mówiącymi po polsku osobami z personelu - z panią Zofią, która pracowała w szpitalnej szwalni oraz z Frankiem, który był szefem ogrodników. Ich życzliwa pomoc bardzo nam się przydała w tych pierwszych dniach, jak i później przy zadomawianiu się w Australii. Znajomość ta w przypadku Franka rozwinęła się w przyjazną, niemal rodzinną relację - tak jakbyśmy w nim znaleźli “przyszywanego” wujka, a w jego żonie i rodzinie odnaleźli kawałek rodziny zastępczej.
Znalezienie punktów odniesienia, czegoś znajomego, mówienie własnym językiem, wszystko to było bardzo pomocne, bo poza tym w Australii wszystko wydawało się nam inne. Z mroźnego i mokrego Londynu zostaliśmy przeniesieni w środek takiego lata, jakiego nie doświadczyliśmy poprzednio: było bardzo ciepło i sucho, niebo bez chmurki, słońce jasne i jaskrawe. Miasto nie przypominało w niczym Londynu ani Warszawy, co więcej, nie wyglądało w ogóle wielkomiejsko. Samo centrum było niezbyt rozległe i nie zatłoczone. Było czysto i przestronnie. W dzielnicach mieszkalnych szerokie, zadrzewione ulice z wolnostojącym domami wydawały się prawie puste - nikt tu piechotą nie chodził. Budynki szpitalne, wolno rozrzucone, na zadrzewionym terenie nie przypominały ciężkich i ponurych szpitali psychiatrycznych, jakie znałem w Polsce. Było zielono, ale wygląd roślinności był inny. Wśród drzew dominowały eukaliptusy, których kształt, kolor liści, wygląd pni był różnorodny i odmienny od europejskich drzew, a ich eteryczny zapach roznosił się wszędzie.
Dom, w którym zamieszkaliśmy też różnił się od mieszkań, jakie zajmowaliśmy poprzednio. Był przestronny, kilkupokojowy, z dużym trawiastym podwórkiem. Stał na uboczu, w części terenu szpitalnego odległej od pawilonów z pacjentami. Jak na warunki australijskie był całkiem prosty i skromny, ale miał wszystko co potrzebne do życia i nam oczywiście wydawał się luksusem. Uderzające było, że tak wszędzie było tak dużo przestrzeni: na ulicach, w domu i na zewnątrz, w ogrodzie. Było cicho, tylko rano budziły nas głośne ptaki. Ich odgłosy, niezbyt śpiewne, wydały nam się zupełnie nieznane - okazało się że są to australijskie sroki żywo konwersujące ze sobą. W nocy oglądaliśmy pełne gwiazd niebo, na którym zamiast Wielkiej Niedźwiedzicy dominował Krzyż Południa, który szybko nauczyliśmy się rozpoznawać.

Z wiersza Antypody
Australia nie była rajem, ale był to na pewno nowy świat - może nie wspaniały, ale taki, który wydawał się być dobrym dla nas miejscem.
Już po paru dniach zacząłem pracę. Przydzielono mnie do oddziału o mniej tradycyjnym charakterze. Był to oddział otwarty, z mieszaną populację pacjentów, z diagnozą głównie psychoz afektywnych i zaburzeń osobowości. Prowadzony był przez młodego ambitnego konsultanta. Oprócz psychofarmakologii stosowano interwencje o charakterze psycho-socjalnym, ale długość pobytu starano się ograniczać, a struktura nie pozwalała na konsekwentne stosowanie podejść psychodynamicznych. Nie było więc miejsca, ani specjalnego zapotrzebowania na moje kwalifikacje psychoterapeutyczne. Oczywiście wpływały one na mój sposób rozumienia i podejścia do pacjentów, tym niemniej realia wymagały, bym funkcjonował w roli psychiatry. To było dla mnie nowym doświadczeniem. Sposób prowadzenia oddziału i współpraca między personelem były dość odmiennie od modelu znanego mi z Polski. Każdy psychiatra miał przydzielonych swoich pacjentów, w stosunku do których wypełniał diagnostyczne i lecznicze funkcje medyczne, łącznie z decyzją o stosowanej stosowanej farmakoterapii. Poza tym pełnił on rolę koordynującą w stosunku do całości programu leczniczego, który realizowany był przez zespół składający się również z pielęgniarki, psychologa i pracownika socjalnego. Program leczniczy dla poszczególnych pacjentów dyskutowany był i ustalany na forum całego zespołu, w którym ostateczne decyzje podejmował jego kierownik, ordynator.
Zajęło mi trochę czasu zanim odnalazłem się w tej nowej rzeczywistości i w kontekście zawodowym, który był mi dosyć obcy. Kontakt z pacjentami był jednak ciekawy, a współpraca w zespole zaczęła mi coraz bardziej odpowiadać. Przypominało to podejście, które stosowaliśmy w zespole rasztowskim, gdzie we wspólnych dyskusjach na temat pacjenta wyłaniały się różne perspektywy, które ja, jako koordynator, mogłem zabrać w wielowymiarowy obraz pacjenta i które mogły być wykorzystane i realizowane odpowiednio przez poszczególnych członków zespołu. W pracy w Hillcrest mogło być to np. bardziej dyrektywne działanie pielęgniarki, interwencja psychologiczna, konsultacja rodzinna, albo pomoc w sprawach socjalnych, no i oczywiście podanie odpowiedniego leku.
Atmosfera pracy też mi odpowiadała. Była przyjazna i nieformalna, ale pracowało się solidnie i serio; przestrzegano właściwego dystansu i zdefiniowanych ról, ale bez sztywności i nie podkreślając swojej ważności. Cechy te, jak się okazało, charakteryzowały na ogół relacje międzyludzkie w Australii, a zwłaszcza tam, gdzie, jak w Adelajdzie, nie odczuwało się tak bardzo wielkomiejskiego zatłoczenia i bezosobowości tłumu.
Pracowałem w szpitalu tylko na pół etatu. Wynikało to z konieczności odświeżenia mojej wiedzy medycznej, po to bym mógł zdać ogólnomedyczny egzamin będący warunkiem rejestracji. W tym celu jeździłem do szpitala ogólnego, w którym jeden z lekarzy koordynował program doszkalający przeznaczony dla takich jak ja imigrantów. Była to dobrowolna i nieodpłatna inicjatywa, która była jednym z przejawów doświadczanej przez nas w różnych formach pomocy, jaką w Australii oferowano, oficjalnie i nieoficjalnie, nowoprzybyłym. Dotyczyło to szczególnie tych, którzy przybyli z krajów, w których źle się działo. Do takich w tym czasie należała Polska. Był to też, na jeszcze większą skalę, Wietnam. Wielu Australijczyków czuło specjalne zobowiązania w stosunku do uchodźców stamtąd, ze względu na to, że Australia brała czynny udział w tej wojnie, która wielu z tych co przegrali skłoniła do uchodźstwa. Australia otworzyła im drzwi. Przybywali oni masowo na różne sposoby, często stłoczeni w rozpadających się łodziach.
Tym którzy mieli medyczne kwalifikacje próbowano pomóc: była to cenna choć niezbyt powszechna inicjatywa. Miałem więc szczęście, że znalazłem się w takiej grupie. Było w niej dwóch innych Polaków, oraz trójka wietnamskich lekarzy. Prowadzący lekarz zorganizował dla nas możliwość uczestnictwa w pracy oddziałów, prowadził dla nas seminaria oraz służył nam ogólnie radą i pomocą. Mieliśmy też możliwość korzystania z biblioteki szpitalnej.
Zadanie, które stało przede mną było niełatwe. Nie tylko miałem zapoznać się z medycyną w wydaniu australijskim, ale także odświeżyć kontakt z medycyną ogólną, która nigdy nie była mi bliska, i z którą nie miałem do czynienia przez ostatnie kilkanaście lat. Nie miałem jednak wyjścia, toteż korzystałem z tej okazji na ile mogłem. Mimo wątpliwości dominowało we mnie wewnętrzne przekonanie, że skoro już tu jesteśmy, tę trudność, jak i poprzednie, jakoś da się przezwyciężyć.
Mimo tylu nowości życie codzienne układało nam się normalnie i bezproblemowo. Mimo, że zarabiałem niewiele i musieliśmy bardzo liczyć się z pieniędzmi, nie mieliśmy poczucia niedostatku. Przekonaliśmy się, że Australii można było się utrzymać i dostać wszystko czego było potrzeba nawet w ramach małego budżetu, jeśli wybierało się tańsze produkty i umiało kupować na przecenach. Dzięki temu nie trzeba było rezygnować, z tego, co w innych sytuacjach mogło być traktowane jak luksus, jak np. mięso, słodycze czy wino. Było to dla nas tym łatwiejsze, że komfort dawało poczucie dostępności i wszystko, nawet drobiazgi, nas cieszyło.
Dla dzieci znaleźliśmy całkiem blisko szkołę, do której można było dojeżdżać autobusem. Publiczna komunikacja była, typowo dla Australii, marna, a odległości były wszędzie spore, tak, że brak samochodu był sporym utrudnieniem. Początkowo korzystaliśmy z pomocy przyjaznego Franka i jego żony w robieniu zakupów. Na weekendy mogłem pożyczać samochód ze szpitala. Mogliśmy więc zapoznawać się z naturalnymi atrakcjami w okolicach Adelajdy i jeździć na wspaniałe plaże, które zaczynały się tuż za miastem i ciągnęły się kilometrami. Wkrótce, z pomocą znajomych, kupiliśmy używany samochód, który służył nam dobrze przez parę lat.

Stanęliśmy też przed koniecznością rozwiązania problemu mieszkania, kiedy po trzech miesiącach musieliśmy wyprowadzić się z domu szpitalnego. Po starannym rozważeniu finansów podjęliśmy niełatwa i w naszej sytuacji odważna decyzję kupna domu. Z porównania kosztów wynajmu i wysokości ewentualnych spłat pożyczki wynikało jasno, że ponosząc miesięcznie niewiele większy koszt możemy stać się posiadaczami własnego domu, zamiast wydawać pieniądze na wynajem, czyli w próżnię. Mobilizując wszystkie możliwe środki i wykorzystując różne pożyczki i ulgi udało nam się zgromadzić sumę wymaganą na depozyt (10% wartości domu) i staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami nowo wybudowanego domu w niedrogiej, rozbudowującej się dzielnicy, położonej blisko szpitala.
Nie mieliśmy środków na wyposażenie i musieliśmy się zadowolić tanimi lub używanymi meblami. Na różny sposób szukaliśmy oszczędności. Sami układaliśmy mozaikę podłogowa w łazience i kuchni. Byliśmy dumni z rezultatu, ale po tym wysiłku powiedzieliśmy - nigdy więcej - że w przyszłości raczej zapłacimy żądaną sumę! Nieco łatwiejsze, choć też pracochłonne było układanie izolacji pod dachem, co też zrobiliśmy sami.
Dom znajdował się na sporej działce, ale, że był położony na zboczu, a sama ziemia była twarda i kamienista, zagospodarowywanie terenu zajęło nam sporo czasu i wysiłku. Z pomocą narzędzi pożyczonych od sąsiadów sam przygotowałem grunt i utwardziłem podjazd dla samochodu, co dało niezły rezultat, choć nie zrobiło dobrze mojemu kręgosłupowi.
Te wszystkie prace "na własnym", mimo, że trudne i żmudne dostarczały nam sporo satysfakcji. Cieszyliśmy się z zagospodarowanego własnymi rękoma terenu; szczególną radość przynosił widok rosnących kwiatów i krzewów, a także zbieranie warzyw z własnego ogródka. Wraz z zadamawianiem się czuliśmy coraz bardziej, że zapuszczamy w Adelajdzie korzenie.

Nawiązałem kontakt z miejscową grupą analityczną. Była ona mniejsza niż bardziej liczne gałęzie Australijskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego w Sydney i Melbourne. Jej funkcjonowanie było pod wpływem szczególnej sytuacji, gdzie większość członków była analizantami tego samego starszego analityka. Poza tym w momencie mojego przybycia grupa ta była uwikłana w polityczne rozgrywki, których wprawdzie nie rozumiałem, ale czułem związane z nimi napięcia i czasem toksyczną atmosferę. Tym niemniej był to kontakt dla mnie ważny, to też utrzymywałem go i uczestniczyłem w miejscowych spotkaniach.
Skorzystałem z pierwszej okazji, aby wybrać się do Melbourne na konferencję całego Towarzystwa. Konferencje te, które umożliwiały utrzymanie kontaktu między analitykami zamieszkującymi w oddalonych od siebie miastach, odbywały się dwa razy do roku. Dzięki poprzednim kontaktom w Towarzystwie wiedziano już o mnie.
Poza tym Hanna Segal, która okazała nam Londynie wiele zainteresowania i życzliwości, poleciła mnie jednemu ze swoich analizantów, doktorowi G. Był on jednym z tych, którzy z Australii udawali się na analizy do Londynu (czasem była to druga analiza). Niektórzy z nich zostali członkami British Society, inni odbywali również trening w Tavistocku. Wpływ tych osób był w tym okresie znaczny. Wnosiły one ożywienie, ale także kontrowersje do nieco zastałej i prowincjonalnej miejscowej atmosfery. Dr G. był interesującym i znaczącym przedstawicielem tej grupy. Reprezentował tendencje postępowe i liberalne, pracował analitycznie z grupami i organizacjami. Miał szerokie zainteresowania, m.in kulturą i sztuką, oraz równie szerokie znajomości w Melbourne. Odegrał on znaczącą rolę w moim dalszym rozwoju psychoanalitycznym w Australii.
Życzliwa para kolegów z Melbourne zaoferowała mi na czas konferencji gościnę w swoim domu. Dla oszczędności postanowiłem przemierzyć te 800 km samochodem, co okazało się, zwłaszcza na pierwszy raz, nie lada podróżą, tak, że po całym dniu jazdy przybyłem do Melbourne na pół przytomny. W porównaniu z małą, cichą i nieco prowincjonalną Adelajdą, Melbourne wydawało mi się wielkomiejskie, ruchliwe i hałaśliwe. Pod pewnymi względami było to miasto mniej "australijskie" - klimat i roślinność wydawały się po części europejskie: było chłodniej, padało, z drzew opadały jesienne liście.
W Melbourne spotkałem się z życzliwym przyjęciem. Złożyłem podanie o przyjęcie do Towarzystwa i przy okazji następnej konferencji, która odbyła się w październiku 1985 r. , tym razem w Sydney, zaproszono mnie do przedstawienia referatu. Było to okazją do zaprezentowania się ogółowi koleżeństwa i miało prowadzić do zaakceptowania mnie jako analityka i do przyjęcia do ich grona. Innej formalnej procedury wówczas nie było. Referat, który wygłosiłem nosił tytuł Psychoanalytical observations on suicide (Lapinski, 1985b) Przestawiłem w nim pracę z jedną ze swoich pacjentek z Polski, która w trakcie analizy podjęła poważną próbę samobójczą. Po tym wystąpieniu zostałem zaakceptowany przez Australijskie Towarzystwo Psychoanalityczne jako Associate Member (kategoria, która dawała wszystkie uprawnienia członkostwa poza prawem głosu).
W Adelajdzie nawiązałem również kontakt z australijskim towarzystwem psychoterapii grupowej. Tak jak towarzystwo analityczne, grupowało ono osoby z różnych ośrodków kraju, które zainteresowane były psychoterapią grupowa. Okresowo spotykały się one na krajowych konferencjach. Zostałem zaproszony na najbliższą z tych konferencji, która odbywała się w nadmorskiej miejscowości niedaleko od Adelajdy. W tym przypadku również przedstawiłem referat, który był zarazem zaprezentowaniem siebie towarzystwu, które przyjmowało mnie jako członka. Przedstawiłem referat oparty na wspólnej pracy z grupą psychodramatyczną, którą prowadziliśmy w poradni Rasztowa. (Lapiński, 1985a) Referat wzbudził grzeczne zainteresowanie, ale tego typu podejście do psychodramy było uczestnikom zupełnie obce. Nikt z uczestników nie stosował psychodramy, a ta, która była stosowana w Australii opierała się ona podejściu morenowskim i praktykowana przez mniej respektowane organizacje.
Jeśli idzie o psychoterapię grupowa, to odbywała się ona wyłącznie na terenie prywatnym, gdzie prowadzono małe grupy. Praca grupowa w ramach systemu terapeutycznego, jako część społeczności terapeutycznej, taka, jaką prowadziliśmy w Rasztowie, nie była znana. Na jednym z zebrań personelu, jakie odbywały się w Hillcrest, przedstawiłem pracę systemu rasztowskiego (Lapiński, 1984) . Referat wzbudził zainteresowanie, ale czuło się, że ten sposób myślenia i praktykowania był tu zupełnie obcy. Z tego co się zorientowałem, w sektorze publicznym w Adelajdzie nie było większej szansy na prowadzenie psychoterapii, zwłaszcza psychoanalitycznie zorientowanej: nie było na to warunków organizacyjnych, środków finansowych, ani nawet większego zainteresowania. Swoją dalszą przyszłość tam mogłem więc widzieć jedynie w praktyce prywatnej.
Kontynuując pracę w Adelajdzie ale mając na względzie przyszłość, nie zaniedbywałem poszukiwania innych możliwości. Poprzez doktora G. nawiązałem kontakt z osobami w Melbourne, gdzie mogła być większa szansa na uzyskanie rejestracji i znalezienia dla mnie odpowiedniej pracy. Melbourne poza tym było profesjonalnie bardziej ożywione i działalność psychoanalityczna była tam bardziej rozwinięta.
Okazało się że w Wiktorii (stan, którego stolicą jest Melbourne) istniał specjalny przepis, na mocy którego przybysz zagranicy, taki jak ja, mógł dostać rejestrację ograniczoną do tego stanu i do sektora psychiatrycznego, bez konieczności zdawania ogólnomedycznego egzaminu, a jedynie po zatwierdzeniu jego kwalifikacji psychiatrycznych przez Australijskie Towarzystwo Psychiatryczne (RANZCP). Aby użyć tej wyjątkowej klauzuli wcielający ją w życie Departament Zdrowia musiałby być przekonany, że sektor publiczny Wiktorii odniósłby korzyści z takiej decyzji, a nie tylko umożliwiał jeszcze jednemu psychiatrze otworzenie prywatnej praktyki. No i tu był "catch 22", podobny to tego jakiego doświadczyłem poprzednio w Czechosłowacji: bez określonego miejsca pracy nie można było dostać rejestracji, a po to by być zatrudnionym wymagana była rejestracja.
Mimo tych trudności nie ustawałem w wysiłkach i podjąłem starania w Towarzystwie Psychiatrycznym o uznanie moich kwalifikacji psychiatrycznych. Wydawało się, że te oraz moje udokumentowane wieloletnie doświadczenie zawodowe spotykało się pozytywnym odbiorem, zwłaszcza, że szereg osób w Australii już mnie znało i popierało moje starania.
Na początku 1985 r. okazało się, że Południowa Australia wprowadziła również podobny przepis, który na na tych samych warunkach co w Wiktorii umożliwiał mi dalszą pracę, bez konieczności zdawania egzaminów medycznych. Ten fakt miał nie tylko znaczenie na przyszłość, ale miał efekt natychmiastowy. Nie tylko nie musiałem już więcej jeździć do ogólnego szpitala, ale dostałem pełny etat z możliwością dobrze płatnych dyżurów. Odmieniło to radykalnie naszą sytuację finansową. Nie musieliśmy już liczyć każdego dolara, co było codzienna rzeczywistością, bo z mojej pół-pensji musieliśmy także spłacać pożyczkę na dom. Teraz mogliśmy zacząć spłacać długi, które musieliśmy zaciągnąć jeszcze przed przyjazdem i na początku pobytu w Australii. Przyjechaliśmy przecież bez grosza i z rzeczami, które pomieściły się w kilku walizkach. Poza tym trochę rzeczy przesłała nam rodzina, ale były to głównie książki i trochę gospodarczych przedmiotów.
Można więc powiedzieć, że stanęliśmy na nogi. Okazało się jednak, że stanęliśmy również przed ważną decyzją.
W Melbourne pojawiła się możliwość atrakcyjnej pracy. Zaoferowano mi stanowisko kierownika nowopowstającego ośrodka, który miał oferować psychoterapię w sektorze publicznym, oraz prowadzić szkolenie i prace badawcze, w powiązaniu z jednym z uniwersytetów w Melbourne (Monash University). Powstanie takiego środka było rezultatem współpracy znających się, ze soba i powiązanych z psychoanalizą osób, który zainteresowanych były wprowadzeniem do sektora publicznego podejścia psychoanalitycznego. Realizowałby to ośrodek, którego praktyczna działalność terapeutyczna dostarczałoby modelu dla innych instytucji, programy szkoleniowe produkowałaby wykwalifikowanych psychoterapeutów, a baza uniwersytecka nadawałaby wagi naukowej. Miał to być odpowiednik Tavistocku na gruncie australijskim.
Zadania tego podjął się doświadczony psychiatra dr E. Skończył on trening analityczny, ale nie zamierzał pracować jako psychoanalityk. Chciał realizować swoje ambicje nie tyle w pracy klinicznej, ale jako organizator wprowadzający nowatorskie rozwiązania do służb psychiatrycznych. Nowy ośrodek psychoterapii, który stanowił jego cel miał powstać na bazie istniejącej instytucji, Parkville Centre, który władze służby zdrowia chciały zreorganizować i ulepszyć. Była to nieduża instytucja, położona centralnie, która w momencie jej przejęcia przez doktora E. składała się z oddziału młodzieżowego i ośrodka terapii rodzinnej; był też pawilon z pokojami do zajęć. Na terenie znajdowały się również domy należące do departamentu zdrowia, które oferowane mogły być pracownikom podległych mu instytucji, między innymi pracownikom Parkville Centre.
Plany doktora E. obejmowały modyfikację oraz integrację istniejących oddziałów, które podporządkowane miały być jednolitemu kierownictwu. Poza tym, w nowo powstałej strukturze centralną rolę odegrać miał nowo sformowany ośrodek psychoterapii. Ośrodek ten potrzebował wykwalifikowanego personelu oraz kierownika. Poszukując osoby nadającej się do tej roli dr E. natrafił na moją kandydaturę. Zostałem mu polecony przez dr. G, z którym był zaprzyjaźniony. Dr. G był również koncepcyjnie włączony w projektowanie nowego środka, a zwłaszcza zainteresowany jego szkoleniowym i akademickim aspektem, w czym miała być również pomocna relacje ich obydwu z prof. S. z uniwersytetu Monash.
Nie tylko rekomendacja jaką dostałem, ale także moje doświadczenie i kwalifikacje przekonały doktora E, że moja kandydatura dobrze pasuje do wymagań stanowiska, jakie miało powstać oraz do zadań jakie stały przed kierownikiem nowego ośrodka psychoterapii (później również ośrodka studiów psychoanalitycznych).
Wydawało by się, że oferta pracy, którą dostałem od doktora E. również mnie powinna idealnie pasować. I tak też po części było. W racjonalnej ocenie była to propozycja nie do odrzucenia: dostawałem stanowisko jak najbardziej opowiadające moim kwalifikacjom; była możliwości ułatwień w rejestracji; Melbourne pod wieloma względami było atrakcyjniejsze od prowincjonalnej Adelajdy; przyjęcie stanowiska umożliwiało prywatną praktykę i dalszy rozwój psychoanalityczny, i to w bardziej sprzyjającym środowisku. Mieszkanie nie było problemem, bo dostawaliśmy do dyspozycji dom na terenie ośrodka.
Mimo to było mi trudno tę propozycję od razu przyjąć. Był to niewątpliwie krok naprzód, ale oznaczał on znowu zmianę. Ponownie, po niecałych dwóch latach mielibyśmy się znowu przenosić z miejsca, w którym zadomowiliśmy się i czuliśmy się dobrze. Mieliśmy dom, w który zainwestowaliśmy sporo wysiłku, dzieci znalazły swoje miejsce w szkole, a tu znowu cała rodzina musiałaby to wszystko zostawić i przenosić się w nowe, nieznane miejsce. Melbourne wydawało nam pewnie ciekawsze, ale bardziej wymagające i nie tak przyjazne, a jako miasto nie urzekło nas.
W efekcie rozważań dokonywanych razem z żoną, oraz po zasięgnięciu opinii przyjaciół zdecydowaliśmy, że przeniesienie się do Melbourne jest jednak najlepszą dla nas opcja.
Pracę zacząłem w październiku 1985 r. Początkowo byłem w Melbourne sam, bo cała rodzina przeniosła się parę miesięcy później, po zakończeniu roku szkolnego i sprzedaniu naszego domu. Przeprowadzka przypadła na okres dłuższych letnich wakacji, co ułatwiało zmianę szkoły, a ściślej mówiąc szkół, bo córka przeszła już do szkoły średniej.
Rozpoczęcie pracy w Parkville było formalnie możliwe dzięki uzyskaniu przeze mnie, również w październiku, członkostwa Australijskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. W uznaniu moich specjalistycznych kwalifikacji, a także jak przypuszczam nie bez wpływu przekonujących rekomendacji, ostatecznie zdecydowano w zasadzie zwolnić mnie z egzaminów. Miałem jedynie wykonać jego ostatnią część, która zwykle miała formę przedstawienia dysertacji lub opisu przypadków, co dla mnie oznaczało złożenie pięciu własnych artykułów, klinicznych lub teoretycznych. Nie sprawiło mi to wielkich trudności, bo miałem prace, które mogłem przedstawić, niektóre z nich uzupełniając. Musiałem jedynie zadbać o dobrą formę językową i porządna prezentację. Ostatnią fazą było stawienie się na tzw. viva, które okazało show formalnością.
Zgranie powyższych/ tych elementów umożliwiło również rejestracja medyczną, z tym, że na mocy §20 odpowiedniego zarządzenia, miałem prawo praktykować jedynie jako psychiatra i wyłącznie na terenie stanu Wiktoria. To ograniczenie nie przeszkadzało mi. Jak można się domyśleć, o następnej przeprowadzce raczej nie myślałem. Tak więc poprzez paragraf 20 znalazło się wyjście z “catch 22”. Ograniczenia te zostały zresztą później zniesione.