top of page
light green subtle texture with a delicate pattern.jpg

MELBOURNE

melbourne - 1.jpeg

ak więc na początku 1986 r. znaleźliśmy się w Melbourne. Żal nam było zostawiać Adelajdę i wyprowadzać się z naszego pierwszego australijskiego domu. Szybko jednak odnaleźliśmy się w nowym miejscu. Było odmienne, ale za to oferowało nowe możliwości i atrakcje. Dom nasz był zupełnie przyzwoity. Stał w rezydencjalnej części terenu, który był cichy i zadrzewiony. Sama dzielnica był atrakcyjna: położona była blisko centrum miasta, ale mało zabudowana. Spora jej część obejmowała park, otwarte boiska; mieściło się też tam ZOO. Ja do budynku, w którym pracowałem miałem dwa kroki. Dla dzieci znaleźliśmy w pobliżu dobre szkoły. Dla syna znaleźliśmy niedaleko szkołę podstawową. Córka poszła już do szkoły średniej, która była w tej samej dzielnicy. Była to ceniona szkoła publiczna o dobrym poziomie akademickim. Był to szczęśliwy zbieg okoliczności. Edukacja w Melbourne była ważną kwestią. Poziom szkół był bardzo różny. Poza paroma wyjątkami najwyższy poziom reprezentowały szkoły prywatne. Na taką jednak, nie tyle ze względów ideologicznych, ile finansowych nie moglibyśmy się zdecydować.

Swoją prace w Parkville rozpocząłem od budowania podstaw ośrodka: tworzenia serwisu psychoterapeutycznego oraz konstruowania programów szkoleniowych. Początkowo jedynym moim współpracownikiem był dr E, który poza tym pełnił inne funkcje administracyjne. Jednym z pierwszych zadań było znalezienie odpowiedniego personelu. Szukaliśmy go wśród psychiatrów i psychoterapeutów, którzy mieliby odpowiednie przygotowanie i byli zainteresowani tego typu pracą w sektorze publicznym. 

 

Praca w takim ośrodku, jakim miał być Parkville, była potencjalnie większą atrakcją dla psychologów i psychoterapeutów nie-medycznych. Psychiatrzy, po wieloletnim treningu, którego częścią była marnie wynagradzana i ciężka praca w publicznych szpitalach, spieszyli do praktyki prywatnej, bo ta, wspomagana przez szczodry system Medicare, mogła być bardzo intratna. 

 

Oczywiście w grę wchodziły nie tylko względy ekonomiczne. Istotne były także kwalifikacje psychoterapeutyczne, których uniwersytety w Australii nie zapewniały. Trening psychiatryczny dawał jedynie ogólne rozeznanie w teoriach i technikach, dalekie od systematycznego przygotowania w orientacji psychoanalitycznej, które oferowały wyłącznie wyspecjalizowane organizacje. W Melbourne należały do nich Instytut Psychoanalizy (MIP), związany z Australijskim Towarzystwem Psychoanalitycznym i uznawany przez IPA, oraz Wiktoriańskie Towarzystwo Psychoterapii (VAP) o wyraźnej orientacji psychoanalitycznej. Działały też dwie grupy lacanowskie. 

Brak regulacji zawodu psychoterapeuty sprawiał, że podjęcie długiego i kosztownego treningu zależało głównie od silnej motywacji. U psychiatrów była ona często słabsza, przy jednocześnie wysokim poczuciu własnej pozycji zawodowej. Wielu z nich rozwijało więc praktykę prywatną, łącząc psychofarmakologię z podejściami eklektycznymi i podtrzymującymi.

Praca w sektorze publicznym, jak w tworzonym przez nas ośrodku, musiała natomiast oferować coś więcej niż samą możliwość przyjmowania pacjentów. Kluczowe było szkolenie i możliwość rozwoju. To właśnie te elementy przyciągały osoby zgłaszające się do pracy — bardziej niż sama praktyka kliniczna.

W Parkville w pierwszym, małym zespole zaczęliśmy od przyjmowania do psychoterapii pacjentów, którzy z różnych powodów nie mogli znaleźć pomocy w sektorze prywatnym. Od początku staraliśmy się nadać tej pracy charakter, jeśli jeszcze nie badawczy, to eksploracyjny. Mogłem tu odegrać rolę wiodącą dzięki wcześniejszym zainteresowaniom systematyzacją danych z punktu widzenia psychoanalitycznego oraz doświadczeniom z analizy procesu terapeutycznego w Rasztowie i w Londynie. Zainteresowanie to podzielał dr E i pozostali członkowie zespołu. Próba rozwinięcia tego kierunku, m.in. we współpracy z Monash, okazała się jednak na tym etapie ponad nasze możliwości.

Prowadziliśmy więc pracę kliniczną, równocześnie rozwijając programy szkoleniowe i konsultacyjne, które stały się zasadniczą działalnością ośrodka. Wkrótce uruchomiliśmy dwa kursy. Jednoroczny „Wstępny kurs psychoterapii” wprowadzał w zagadnienia psychoterapii psychodynamicznej poprzez lekturę, dyskusje i doświadczenie dynamiki grupowej. Drugi, „Psychoterapia psychoanalityczna: teoria, praktyka, badania”, był kursem zaawansowanym, przeznaczonym dla osób z doświadczeniem klinicznym. Obejmował lekturę podstawowych tekstów, prezentacje pracy klinicznej, superwizję oraz końcową dysertację. Nabór prowadziłem z dr E przy udziale prof. S z Monash, a opracowanie programu spoczywało głównie na mnie. Do prowadzenia seminariów zapraszałem innych analityków i psychoterapeutów, uczestnicząc w nich jako jako koordynator.

Uczestnicy kursu często mieli trudności z integrowaniem materiału, wynikające z różnorodności podejść reprezentowanych przez prowadzących. Niejednokrotnie nie przystawały one do siebie, a brakowało miejsca na ich konstruktywne omówienie. Skłaniało mnie to do przekonania, że edukacja psychoanalityczna powinna uwzględniać potrzebę krytycznej ewaluacji i integracji różnych nurtów, które inaczej łatwo przyjmują postać swoistej „wieży Babel”.

Wydawało mi się również istotne, by osoby prowadzące program, przy zachowaniu różnic, podzielały wspólne cele i założenia, a także miały możliwość uzgadniania i przeglądu swojej pracy. Temu służyły cotygodniowe zebrania zespołu, które prowadziłem. W stosunku do poszczególnych programów pełniłem rolę koordynatora, pozostawiając prowadzącym znaczną autonomię.

Do programów szkoleniowych dołączyliśmy seminaria dla lekarzy szkolących się na psychiatrów, którzy często pracowali z trudnymi pacjentami bez praktycznego przygotowania psychoterapeutycznego. W okresie mojej pracy w Parkville wpływ podejść psychoanalitycznych w sektorze publicznym wyraźnie się zmniejszał, dlatego oferowany przez nas program wypełniał istotną lukę.

Dr E współpracował ze mną przy konstruowaniu programów i uczestniczył w kursie zaawansowanym. Mimo jego wysiłków brak wsparcia Departamentu Zdrowia oraz funduszy uniemożliwił jednak realizację ambitnego planu utworzenia centrum psychoterapii, co ostatecznie doprowadziło do jego odejścia.

Ja zdecydowałem się kontynuować, w ramach tego trzeba było możliwe, działalność wraz z zespołem, którego członków łączyło zainteresowanie podejściem psychoanalitycznym, zwłaszcza w sektorze publicznym. Równocześnie rozwijałem praktykę prywatną, stopniowo ograniczając pracę w Parkville do funkcji superwizora i koordynatora.

Zespół był niewielki i pracował w niepełnym wymiarze godzin, lecz pozostawał aktywny i zaangażowany. Skupiliśmy się na szkoleniu oraz działalności konsultacyjnej skierowanej do sektora publicznego. Oprócz pracy na miejscu rozwijaliśmy konsultacje i superwizję w ośrodkach zdrowia psychicznego w Melbourne i regionach, gdzie pracownicy mogli omawiać problemy kliniczne i systemowe, często bez innego wsparcia. Inicjatywa ta spotkała się z pozytywnym odzewem.

Nie miałem wątpliwości, że jest to działalność potrzebna i sam brałem w niej udział. Jej podsumowaniem był artykuł Psychoanalytic consultations in mental health settings, przedstawiony w środowisku służby zdrowia oraz na konferencji w Szanghaju ((Lapinski, 1994).

shanghai - 1.jpeg

W mojej działalności, tak jak w pracy w Parkville, kierowało mną przekonanie, że jako analityk mogę mieć wkład także poza stricte analityczną pracą kliniczną. Nie akceptowałem poglądu, że psychoanaliza jest zamkniętą teorią realizowaną wyłącznie na kozetce. W pracy konsultacyjnej i superwizyjnej znajdowałem dowody, że myślenie psychoanalityczne może być przydatne w różnych sytuacjach klinicznych, pomagając tym, którzy chcą swoją pracę pogłębić.

Uważałem, że psychoanaliza ma zastosowanie w wielu dziedzinach — jak literatura, sztuka, film, filozofia czy religia — i może pomagać w rozumieniu funkcjonowania organizacji i społeczeństw. Jak pisał Freud, wywodzi się z życia i pomaga je rozumieć, ale, jak podkreślał Bion, nie powinna go zastępować ani rościć sobie wyższości nad innymi sposobami poznania. Inne dziedziny mogą korzystać z psychoanalizy, a ona sama zyskuje w kontakcie z nimi.

Pogląd ten nie był jednak powszechnie akceptowany. Część analityków reprezentowała stanowisko ekskluzywności psychoanalizy, czemu towarzyszyło poczucie wyższości, nieufność wobec innych i zamknięcie na kontakty zewnętrzne. Obawiano się zarówno zafałszowania „prawdziwej” psychoanalizy, jak i jej zawłaszczenia przez „niewtajemniczonych”.

Taki klimat zastałem po wstąpieniu do Towarzystwa. Łatwo było dostrzec związek tych postaw z wewnętrznymi napięciami. Spory dotyczyły m.in. kwalifikacji nowych członków i analityków treningowych, a u ich podłoża leżało pytanie, czyja wersja psychoanalizy jest „prawdziwa”. Konflikty przybierały momentami charakter doktrynalny i sekciarski. Podziały nie były jednak jednoznaczne, zwłaszcza że Towarzystwo przechodziło zmiany związane z napływem osób szkolonych za granicą, głównie w Londynie, co tworzyło napięcia z grupą szkoloną lokalnie. Wyraźne były też wpływy kleinowskie, wzmacniane przez bardziej autorytatywne osobowości, obok indywidualnych antagonizmów i tworzenia się podgrup.

Początkowo nie byłem bezpośrednio wciągnięty w te spory. Byłem nowoprzybyły, choć częściowo związany z Londynem, ale w tych sporach nie odgrywałem większej roli. Skupiałem się na pracy w Parkville i rozwijaniu własnej praktyki. Po dwóch latach zostałem pełnym członkiem Towarzystwa, po przedstawieniu swojej pracy analitycznej starszym kolegom.

Moje naturalne afiliacje rozwijały się wśród kolegów o bardziej „postępowym” nastawieniu. Uczestniczyłem w cotygodniowych spotkaniach grupy psychoanalityków, gdzie prezentowaliśmy i dyskutowaliśmy własną pracę kliniczną. Uważałem, że że jest to absolutnie nieodzowne wobec trudności pracy z pacjentami, i przez całą swoją karierę zawodową brałem w takich grupach udział. Korzystałem także z superwizji zapraszanych analityków zagranicznych, co dawało dostęp do odmiennych perspektyw, często bardzo inspirujących.

Nabrałem przekonania, że samo prezentowanie materiału ma wartość. Nawet jeśli, jak zauważał Bion, nie da się wiernie odtworzyć doświadczenia sesji, próba jego przedstawienia umożliwia „drugie spojrzenie” i sprzyja refleksji.

W swojej praktyce zajmowałem się głównie analizą, rzadziej psychoterapią. Miałem często do czynienia z trudnymi pacjentami — zapewne częściej niż koledzy po dłuższym stażu, którzy rozwijali swoje praktyki stopniowo i mogli bardziej selekcjonować przypadki. Uważałem jednak, że analiza może im wiele zaoferować, jeśli jest dostosowana do ich możliwości, choć nie zawsze było to łatwe. Wymagało to doświadczenia i przekonania do metody, które stopniowo zdobywałem, przy wsparciu literatury i kontaktu ze środowiskiem.

Brałem czynny udział w życiu Towarzystwa. uczestniczyłem w konferencjach w których często brali udział zaproszeni zagraniczni goście. Prezentowałem często referaty, głównie na tematy kliniczne, co, niezależnie od odbioru, było zawsze dla mnie znaczącym i ciekawym doświadczeniem. Ograniczało to jednak możliwości publikacji, bo opisywałem w nich z reguły bieżących pacjentów. Pracowałem rownież w komitetach Instytutu oraz zajmowałem się naszą biblioteką, którą uporządkowałem. Jako przewodniczący komitetu ds. publikacji zainicjowałem powstanie internetowego pisma PsychoanalysisDownunder ( http://www.psychoanalysisdownunder.com.au). Pierwszy numer ukazał się w 2001 roku, a po kilku latach przekazałem redakcję jednemu z kolegów.

Przez wiele lat brałem w udział w szkoleniu kandydatów Instytutu, prowadząc seminaria teoretyczne i kliniczne, a później również superwizję.  Aktywnie uczestniczyłem w kursach oferowanych przez Instytut dla osób z zewnątrz. Coraz bardziej satysfakcjonowała mnie jednak samodzielna i długoterminowa praca z małymi grupami, którą prowadziłem na gruncie prywatnym. Były to grupy superwizyjne, dyskusyjne oraz łączące obydwie funkcje. Później prowadziłem je również przez internet dla uczestników w Polsce.

Nie uniknąłem też udziału w życiu politycznym Towarzystwa. W przeciwieństwie do pracy merytorycznej, która dawała mi satysfakcję, napięcia i rozgrywki wydawały mi się jałowe, a nieraz destrukcyjne.

Mimo rozwoju naszych programów nie udało się uzyskać finansowego wsparcia dla ich kontynuacji przez Departament Zdrowia. Straciliśmy też siedzibę w Parkville, przekazaną programowi wczesnych interwencji. Nasze działania uznano wprawdzie za wartościowe, ale zbyt jednostronne ze względu na ich psychoanalityczny charakter. Wyjątkiem był kurs akademicki, dla którego zachowano ograniczone środki.

Decyzja ta nie była dla mnie zaskoczeniem. Wynikała nie tylko z braku funduszy, ale także z kierunku polityki rządu Wiktorii, nastawionego na ograniczanie wydatków i niechętnego takim inicjatywom. Zamknięcie Parkville było rozczarowaniem, ale można było uznać za sukces, że przez ponad siedem lat udało się utrzymać programy o psychoanalitycznym profilu w publicznej służbie zdrowia i wywrzeć pewien wpływ na środowisko. Wielu uczestników naszych programów rozwijało dalej swoje zainteresowania psychoterapią.

Stało się jednak jasne, że tego typu działalność nie ma trwałego miejsca w systemie publicznym. Pozostał natomiast kurs akademicki — Master of Psychoanalytic Studies — na którym mogłem się teraz skoncentrować obok praktyki prywatnej.

Miałem w nim rolę kierowniczą, ale był to projekt zespołowy. Jego celem było stworzenie studiów psychoanalitycznych dostępnych także dla osób pracujących poza praktyką kliniczną. Program powstał z połączenia naszych zainteresowań i mógł być realizowany przy niewielkich nakładach — opierał się na jednym etacie oraz opłatach studentów.

Dawało mi to możliwość kontynuowania działalności dydaktycznej na bardziej zaawansowanym poziomie. Pracowałem na pół etatu jako Associate Professor, resztę czasu poświęcając praktyce analitycznej. Ważna była dla mnie także współpraca z zespołem, którego członkowie wnosili różnorodne doświadczenia — od teorii, przez obserwację niemowląt, po pracę z grupami i organizacjami.

Uznaliśmy, że studia psychoanalityczne nie mogą ograniczać się do teorii, która bez odniesienia do doświadczenia łatwo staje się intelektualizacją. W czasie wizyty w Anglii zapoznałem się z różnymi modelami nauczania. Pozytywne wrażenie zrobiły na mnie kursy Tavistocku, łączące teorię z doświadczeniem. Inne programy, którymi też się zapoznałem, były bardziej “akademickie”, ale przedstawiały teorię w oderwaniu od praktyki, a seminaria miały tendencję do przekształcania się w pseudo-terapię.

Nasze podejście opierało się na przekonaniu, że teoria nabiera znaczenia tylko w powiązaniu z doświadczeniem, które nie musi ograniczać się do sytuacji klinicznej. Źródłem takiego doświadczenia była zarówno praca zawodowa studentów, jak i sam kurs.

Jednym z jego elementów była obserwacja niemowląt prowadzona metodą wypracowaną w Tavistocku przez Esther Bick, w ramach której uczestnicy przez okres roku prowadzili indywidualną obserwację niemowlęcia w kontekście rodzinnym i prezentowali jej rezultaty w cotygodniowych seminariach. Dostarczało to intensywnych doświadczeń i uczyło uważnej obserwacji procesów psychicznych. Drugim ważnym elementem było tzw. work study, w którym uczestnicy analizowali sytuacje ze swojego miejsca pracy, badając ich wymiar indywidualny, interakcyjny i organizacyjny. Sama struktura kursu stwarzała też możliwość obserwowania tych procesów „na żywo”.

Istotny wkład wniósł Harold Bridger, psychoanalityk zajmujący się pracą z organizacjami. Korzystaliśmy z jego wizyt jako konsultanta, a także organizowaliśmy konferencje relacji grupowych. Jego model, oparty na zasadzie „podwójnego zadania”, łączył spontaniczny przebieg pracy z okresowymi momentami refleksji nad jej dynamiką. W naszych warunkach okazał się bardziej „pomieszczający” i mniej destabilizujący niż klasyczny model Tavistocku.

Miałem okazję uczestniczyć w konferencji w Leicester, co pozwoliło mi porównać oba podejścia. Doświadczenie to było intensywne i wymagające, ale także bardzo uczące. Potwierdziło moje przekonanie, że jego wartość zależy od stopnia zaangażowania uczestnika, a także że doświadczenie analityczne daje większą zdolność do jego wykorzystania.

Szczególnie cenne były dla mnie doświadczenia pracy w małej grupie prowadzonej w podejściu kleinowskim. Doceniałem jej głębię interpretacyjną, choć widziałem też, że dla niektórych uczestników może być zbyt obciążająca. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że w sytuacjach szkoleniowych konieczne jest uwzględnianie procesów emocjonalnych, tak aby umożliwić uczenie się, nie prowadząc do nadmiernej destabilizacji.

Studenci kursu musieli spełniać wymagania akademickie, w tym przygotować dysertację oraz eseje. Podkreślało to znaczenie konceptualizacji, która wynikała z doświadczenia i nadawała mu sens. Tematy prac wywodziły się z ich własnych zainteresowań, a proces ich przygotowania wspierany był przez superwizję i seminaria. Podejście to okazało się owocne i prowadziło do powstania wielu interesujących prac.

Program naszego kursu pokazywał studentom różne sposoby wykorzystywania myślenia psychoanalitycznego. Oprócz wcześniej wymienionych dziedzin znalazło się w nim miejsce na studia literatury oraz, w mniejszym zakresie, teatru i filmu. Wybierano wartościowe utwory, które studenci czytali i omawiali w seminariach, często z udziałem zaproszonych specjalistów o orientacji psychoanalitycznej.

W Australii istniało duże zainteresowanie takim podejściem. W Melbourne długoletnią tradycję miała Konferencja Freudowska — coroczne, interdyscyplinarne spotkanie otwarte dla uczestników, z udziałem prelegentów z różnych dziedzin. Na jednej z tych konferencji wygłosiłem jedno z moich pierwszych wystąpień, referat Inner world and distortion of reality, w którym, odwołując się do 1984 Orwella, analizowałem procesy totalitarnego zniekształcania rzeczywistości w życiu społecznym i psychicznym (Lapinski, 1987). Interesował mnie szczególnie mechanizm „prania mózgów”, obecny zarówno w torturach i propagandzie politycznej, jak i w procesach psychicznych związanych z nadużyciem, perwersją czy psychozą, a także moment, w którym dochodzi do zniszczenia zdolności do dobra — tego, co Shengold określa jako „soul murder” (Shengold, 1989).Tematy te były dla mnie ważne i wyznaczały pewien etap mojej drogi, prowadzącej konsekwentnie do Biona. 

Podobne inicjatywy istniały także w innych miastach Australii — w Sydney odbywały się konferencje poświęcone literaturze i psychoanalizie, a w Brisbane, w okresie działalności tam brytyjskiego analityka Gregorio Kohona, organizowano spotkania interdyscyplinarne.

Podejście to bardzo mnie interesowało. W ramach naszego kursu prowadziłem seminaria z zaproszonymi gośćmi, a także nawiązałem współpracę z wydziałem literatury jednego z uniwersytetów. Wspólne dyskusje pokazywały, że obecność osób mających bezpośredni kontakt z psychoanalizą pozwala wyjść poza czysto intelektualne rozważania. Z tej współpracy wyłonił się projekt badawczy „Czytanie w grupach”, w którym analizowaliśmy procesy zachodzące w seminariach na których dyskutowało się wspólnie czytane utwory. Wstępne wyniki przedstawiliśmy na konferencji w Sydney (Lapinski et al., 1999), lecz projekt nie został rozwinięty z powodu braku wsparcia instytucjonalnego.

Na innej konferencji w Sydney zaprezentowałem studium The venom’s work in Hamlet as a metaphor for some aspects of destructiveness, wcześniej przedstawione w naszym Towarzystwie (Lapinski, 1994). Analizowałem w nim działanie „trucizny” jako metafory destrukcyjnej propagandy, która — pod pozorem lojalności i praworządności — zniekształca myślenie i prowadzi do destrukcji. 

W moich pracach odwołujących się do literatury nie było zwykle bezpośrednich odniesień klinicznych, choć pozostawały one obecne w tle. Nie odpowiadało mi też redukowanie dzieła literackiego do ilustracji teorii psychoanalitycznej. Uważałem, że twórca może często oferować wgląd, który wyprzedza lub uzupełnia psychoanalizę. Uważam, że współpraca między dyscyplinami — jak dobre partnerstwo — dawała możliwość wzajemnego uczenia się i wzbogacania.

Uważaliśmy, że kurs stwarzał realną szansę na powiązanie psychoanalizy z uniwersytetem i wzmocnienie jej pozycji akademickiej, jednak próba formalnego połączenia go z Instytutem, mimo początkowej akceptacji, została zablokowana przez manewry proceduralne i opór części środowiska. Później stało się dla mnie jasne, że sprzeciw ten był podsycany także ukrytymi napięciami i problemami etycznymi, co sprzyjało nieufności wobec inicjatyw takich jak nasza i umacniało tendencję do zamknięcia się środowiska. Brak możliwości współpracy z Instytutem był niewątpliwie frustracją dla nas, ale nie przeszkodziło nam to, by produktywnie kontynuować pracę z kursem, i współpracować z tymi kolegami, którzy byli tym zainteresowani. 

 

Kurs spełnił zamierzone cele. Propagował psychoanalityczne myślenie w szerszym niż wyłącznie klinicznym kontekście. Demonstrował możliwość pracy analityków w środowisku akademickim w sposób w którym teoria i praktyka analitycznego podejścia łączyły się na gruncie doświadczeń. Dostarczał też dobrze zorganizowanego modelu, który zapewniał uczenie się z doświadczeń, studia teorii oraz stosowanie myślenia analitycznego w odniesieniu do organizacji a także literatury i sztuki. Uczestnictwo w kursie było znaczącym doświadczeniem tak dla studentów, jak i dla nas, którzy razem z nimi uczyliśmy się z tych doświadczeń.

 

Kurs prowadzony był przez 9 lat. Ukończyły go 4 grupy studentów, w sumie koło 30 osób. Kurs nastawiony był na jakość, nie na ilość, co pozwalało na skupiona grupowa i indywidualną pracę. W związku z tym trudniejsze było jednak zabezpieczenie finansów. Nie mogliśmy liczyć na pomoc uniwersytetu, który był niedostatecznie fundowany; jak inne w Australii, szukał źródeł zysków i nastawiony był na "masową produkcję". Wydział zdrowia zaprzestał w końcu wszelkich dotacji, a same opłaty studentów, i tak dla nich stosunkowo wysokie, nie były wystarczające. Kurs zakończył się w 2001 roku, i wraz z tym praktycznie skończyła się moja działalność na uniwersytecie.

barbie - 1.jpeg

Nasze życie w Australii 

 

Australia, zgodnie z naszymi przewidywaniami, okazała się krajem, w którym stosunkowo łatwo było się zaadoptować i znaleźć swoje miejsce. Oczywiście nie dało się odtworzyć tych samych warunków co w kraju rodzinnym, język był obcy, brak nam było przyjaciół i rodziny. Stopniowo budowaliśmy naszą przyszłość; staraliśmy się zapewnić dzieciom stabilizację i jak najlepsze warunki rozwoju. Ważnym etapem było uzyskanie po paru latach własnego domu, w którym każde z nas miało swoje wygodne miejsce. Mnie udało się zakupić też mały dom, gdzie mogłem prowadzić swoją praktykę “na własnych śmieciach”, co było sporą wygodą oraz ważnym elementem mojej stabilizacji zawodowej. Oznaczało to jednak codzienne dojazdy. Było więc dalszym ułatwieniem, kiedy po następnych kilku latach, kiedy szkoła dzieci nie wiązała nas z poprzednim miejscem, a one same wyprowadziły się z domu, udało nam się zamienić dom na taki, w którym mogłem mieć gabinet z osobnym wejściem. W domu tym nadal mieszkamy, a ja pracowałem w nim aż do emerytury.

 

Posiadanie nieruchomości oznaczało oczywiście kredyty, które stanowiły przez dłuższy czas obciążenie finansowe. W połączeniu z codziennymi wydatkami i początkowo przy braku rezerw finansowych, nie pozwalało to na kosztowne przedsięwzięcia, jak np. wyjazdy zagraniczne. Sama Australia dostarczała jednak wielu możliwości wycieczek i spędzania wakacji. Odkrywaliśmy nadmorskie i górskie okolice Melbourne, doświadczaliśmy różnorodność krajobrazów, a nawet klimatów: na pustynnej i tropikalnej północy, na wspaniałych plażach, wędrując po górach i bushu. Fascynowała nas odmienność -  a tej w Australii nie brakowało - ale szukaliśmy też bardziej znajomych wrażeń i miejsc, które choć trochę przypominałyby nam Polskę. Takim miejscem okazało się Jindabyne, cel naszych kolejnych wakacyjnych wyjazdów. Jest to turystyczna miejscowość położona u stóp Snowy Mountains, w których dominuje góra Kościuszki. Nazwana została tak przez Pawła Strzeleckiego, któremu przypominała ona kopiec Kościuszki w Krakowie. Strzelecki, geolog i podróżnik, odkrywał i opisywał te rejony w XIX wieku, a jego pomnik uświetnia centrum tej miejscowości. Jindabyne położone jest nad zalewem (szukaliśmy ekwiwalentu polskich jezior!), będącym częścią wielkiego elektro-energetycznego kompleksu, który w latach powojennych budowali w trudzie i mozole imigranci, między innymi z Polski.

 

Niektóre doroczne konferencje naszego Towarzystwa Psychoanalitycznego miały też miejsce w atrakcyjnych miejscowościach Australii. Szczególnie znaczącą i pamiętną była ta, która odbyła się w pobliżu Uluru (dawniej Ayers Rock) w 2000 roku. Ten kolosalny monolit wyrastający z czerwonej pustyni w środkowo-północnej Australii jest traktowany jako symbol tego kraju, a zarazem łączy go on z historią i przeszłością jego oryginalnych mieszkańców, aborygenów, zajmując specjalne miejsce w ich wierzeniach. W konferencji udało się w znaczący sposób podjąć tematy analityczne i powiązać je właśnie z kulturą i wierzeniami aborygenów, a także odnieść do ich najnowszej, bolesnej historii związanej z kolonizacją, która to historia niestety nadal odbija się w istniejącej nierówności i niesprawiedliwości.

uluru2.jpg
bottom of page