Studio Michała Łapińskiego

ANIOŁY
I
LUDZIE
Anioły i ludzie
Z katastrofy zrodzony anioł nienawiści
swoim skrzydłem zdradliwym zaklętym i czarnym
chce wymazać wszelkie ślady poczciwości
bo słabe są, mizerne i niegodne tego
co stanąć chce na czele krucjaty pachołków
w obronie cmentarzyska przed inwazją ofiar
stojąc murem. A gdy rozlegnie się hymn boży
to jeden z nich uderzy halabardą straszną
w tchórzliwym podnieceniu w wizerunek własny
by anioła bez zmazy i z sercem na wierzchu
unicestwić na zawsze.
Ten co z niebios upadł za pychę wygnany
zaczernił się na dobre, w zęby i pazury
uzbroił, w swej potędze opływa bezkarnie.
Ci co wygnani z raju za grzech świadomości
ziemię orzą i rodzą w bólu i radości;
ich owoce nie-wieczne - słodkie, gorzkie, mądre -
czy dociekają świtu w ślepocie i trwodze
czy je mrok pochłonie
na dobre?
Czy miłość już jest słowem całkiem wyświechtanym
jak okładka Playboya sprzedanym, zużytym?
Czy jest jeszcze nadzieja, że odżyje w kształcie
rubensowskiej madonny w sonecie Petrarki?
Może jednak zakwitnie pękiem bzu słodkiego,
orchideą księżyca, słoneczną begonią
w ogrodzie trójcy ludzkiej matki - ojca - dziecka,
którzy dzielą się chlebem z nieznanym przybyszem.

Relikwia
Na aksamitnej purpurowej poduszce
leży guzik Szymborskiej
wygląda całkiem zwyczajnie,
ot, taki beżowy, z brunatnymi kropkami
ma cztery dziurki
jest sporawy, pewnie jest od płaszcza,
a może od garsonki
takiej, jakie były modne w latach sześćdziesiątych.
Ten guzik nie jest nowy
musi mieć niebylejaką historię,
wzniosłą lub patetyczną,
a teraz z perspektywy czasu
nasyconą znaczeniem,
którego nie było przedtem widać
i promieniującą blaskiem,
w którym postać dawniej niezauważana,
niedoceniona czy kwestionowana
odżywa w pełnej glorii.
Ten blask emanuje z guzika;
jest on jakby otoczony patyną czasu
i spowity mgłą tajemniczości,
która wciąga widza w krąg zachwytu,
wspaniałości i sławy.
Widzów nie brakuje,
odstawszy cierpliwie czekanie w długiej kolejce
stoją oniemieli w zachwycie i podziwie:
ten mały przedmiot, niby nieznaczący
jest przecież wcieleniem wielkości i piękna,
które przez obcowanie z nim stają się ich udziałem.
W pełni nasyceni wracają do domu
z zadowoleniem i z ulgą —
uzyskali to co chcieli
i nie będą musieli ślęczeć
nad tysiącami czarnych znaczków
uporządkowanych w rzędy i strofy
na niezliczonych kartkach papieru
i męczyć sobie oczu
ich żmudnym odszyfrowaniem.
Lenin wiecznie żywy patrzy na współczesność
Lenin otwiera zabalsamowane oczy,
rozgląda się dookoła
i z mina zdziwioną
głośno wola:
Nadieżdo, droga żono
zobacz sama co zrobiono
z naszym wspaniałym projektem
z naszą wizją natchnioną
równości i dobrobytu
jak ją załajdaczono.
Wspaniale planowaliśmy
i tak dobrze zaczęliśmy
budować pałace dla proletariatu
na grobach carów zgładzonych.
Ja zawsze miałem sen lekki,
bo zabijałem tylko na setki,
no może tysiące,
ale zawsze mając na myśli
by pokój na ziemi mógł się wreszcie ziścić,
ale potomstwo co się z nas zrodziło
wnet się zamieniło
w potwory nienawiści,
które mordowały miliony.
Każdemu według potrzeb być miało
a tu, patrz,
wszystkim za mało -
tym za mało chleba
tamtym mercedesów, ekscesów
i jachtów dalekomorskich,
nawet pałac za mały,
a wszystkim nie dość
gorzały.
A gdzie ten nowy człowiek
komunalny
światły, dzielny i muskularny
ze świadomością misji dziejowej
miał zawieść ja do Afryki
i dać Ameryce kształt nowy,
a tu zamiast tego
jeden okrada drugiego
szarpie się beznadziejnie,
niszczy tych co myślą odmiennie
a wszystko wykupują Chińczycy.
Miała być nowa kultura,
obyczaje i sztuka,
pieśń na wszystkich ustach
i powszechna nauka,
a dzieci w czerwonych chustach
wyśpiewywać miały
zgodnym głosem ludu wieczną chwałę.
Zamiast tego od rana do rana
wszyscy pędzą po ekranach
wiedza nie liczy się wcale
i ginie w nawale
ćwierkania.
Nowi potentaci i wodzowie
inne sprawy maja na głowie
niż dobro narodu
czy zmianę świata na lepsze
są jak wielkie pozłacane wieprze
każdy przy korycie
myśli o swoim dobrobycie,
a jak się już nachapie
to przychodzi następny
i żre jeszcze więcej.
Każdy chce im dorównać
na swoim podwórku
i gumnie,
by zanim znajdzie się w trumnie
dorwać się do pieniędzy,
by więcej więcej więcej
posiąść
i nagromadzić
co komu się przyśni
na teraz i na zaś
i żeby za dużo nie myśleć.
Tak widzimy sami
co się stało
w międzyczasie
z naszymi pięknymi ideami.
Wszystko się połamało i zapomniało
ukryć tego już nie da się
I teraz
ziemia ciężko zdyszana
zabrudzona, skrwawiona i zmaltretowana
rzuca się w drgawkach
i powoli umiera.
Z motyką na słońce
Kiedy znowu przyjdą dni letnie, gorące
będzie można się porwać z motyką na słońce.
Jesienią jest za późno, bo jak puch na wietrze
miotany razem z liśćmi spadłymi
lecisz i nikt nie wie czy znajdziesz gdzieś jeszcze
ciepło, które odeszło z dzionkami letnimi.
Gdy człowiek z dojmującym wichrem się boryka
na nic mu się nie zda na słońce motyka.
A co dopiero zimą, kiedy śnieg zagości
i mróz skuje ogrody swym twardym uchwytem
nie znajdziesz nigdzie ujścia dla swej złości
nie będzie śladu słońca bo chmurami skryte.
Zamiast pulchnej ziemi teraz gruda zbita
i twoja motyka na nic się nie przyda.
Lecz wiosna w końcu przyjdzie, a wraz z nią nadzieja,
że słońce będzie bliżej, większe, i że już niebawem
będzie wreszcie okazja, aby je znienacka
dopaść i walnąć mocno w porywie zuchwałym.
Lecz na nic się zdały ataki zacięte:
bo motyka złamana, a słońce nietknięte!