Studio Michała Łapińskiego
REKINÓW NIE MA!
Cóż to był za wspaniały dzień na plaży! Siedzieliśmy w kręgu na plażowych krzesełkach, rozkoszując się błogim lenistwem. W południowym słońcu robiło się już gorąco, ale nam to nie wadziło. Wciąż jeszcze czuliśmy na skórze orzeźwiający chłód kąpieli w przejrzystej, skrzącej się wodzie. Lekka bryza znad oceanu przynosiła śmiech dzieci. A właśnie nadchodziło jedzenie, w samą porę! Karl, jak zawsze praktyczny, rozpalił grilla, kiedy się kąpaliśmy, więc nie musieliśmy długo czekać, żeby zatopić zęby w soczystych jagnięcych kotletach i chrupiących kiełbaskach. My, dorośli — Karl, jego żona Maureen, moja żona Nina i ja — trzymaliśmy już w rękach nasze stubbies, obowiązkowo w specjalnych izolujących pokrowcach, które miały chronić je przed nagrzaniem. Picie lodowato zimnego piwa, "na sposób australijski", Szybko sobie przyswoiliśmy picie piwa, "na sposób australijski" - lodowato zimnego - nie jak w Anglii, gdzie tradycyjny bitter podawano w temperaturze pokojowej. Co za barbarzyństwo! Nie mówiąc już o Polsce, gdzie za naszych czasów piło się piwo w każdej temperaturze, jeśli tylko udało się zdobyć parę butelek. Nasze pokrowce, jak przystało na „nowych Australijczyków”, ozdobione były australijską flagą. Chcieliśmy na wszelkie możliwe sposoby świętować naszą nową ojczyznę!
Karl roznosił jedzenie. Było super. Nie znaliśmy jeszcze dobrze australijskiej kultury barbecue, ale szybko stawaliśmy się jej entuzjastami. Jakość i obfitość jedzenia wciąż nas zadziwiały, chociaż zdążyliśmy już zakosztować dobrobytu w Londynie. Ale tamto było niczym w porównaniu z tym co tu było pod ręką — z soczyste steki z sałatą, zarazem z widokiem na ocean i piaszczystą plażę ciągnącą się kilometrami.
Zawołaliśmy nasze dzieci, Olę i Pawła, które wciąż baraszkowały w wodzie. Nigdy nie miały jej dosyć. Udało nam się jednak skusić je jedzeniem i coca-colą, którą wyłowiliśmy z ogromnej esky. Na widok butelek pokrytych kropelkami skroplonej pary rzuciły się biegiem w naszą stronę, otrząsając wodę ze smukłych, opalonych ciał i włosów, w które wplątał się piasek. Coca-cola, zupełnie jak w reklamie, trysnęła z otwartych butelek. Piły ją łapczywie, rozlewając na siebie, śmiejąc się i podskakując. Patrząc na tę scenę, pomyślałem: „Boże, to jest właśnie TO!”.
Ale nie tylko nasze dzieci były tak zachwycone i chłonęły wszystko wielkimi łykami, podobnie jak coca-colę. Cała nasza czwórka była oszołomiona i zachwycona, chłonąc łapczywie wszystko wokół — palące słońce, piękno i niezwykłość tego kraju, serdeczność i życzliwość ludzi takich jak Karl.
Było to nasze pierwsze lato w Australii. Przyjechaliśmy na początku stycznia 1984 roku. Ta Orwellowska data, kojarząca się zwykle z beznadzieją totalitarnego zniewolenia, dla nas oznaczała coś wręcz przeciwnego. Udało nam się wyrwać z mroku i przygnębienia, jakie ogarnęły nasz rodzinny kraj, Polskę, po brutalnym zdławieniu Solidarności i wprowadzeniu stanu wojennego. Lecieliśmy ku słońcu i wolności, szczęśliwi, że możemy znaleźć się jak najdalej od kraju, który po raz kolejny dostał się we władanie złowrogich sił. Kraju, który był naszym domem, a który, jak wtedy czuliśmy, utraciliśmy na zawsze.
I rzeczywiście trafiliśmy na słoneczną stronę świata. Po zimowym dotkliwym chłodzie Londynu i stresie długiego oczekiwania na wizy poczuliśmy ogromną ulgę. Czekała nas sowita nagroda. Po nieznośnie długim locie wylądowaliśmy w zupełnie innym, zaskakującym świecie, który powitał nas oślepiającym blaskiem słońca, dziwnymi krzykami ptaków i intrygującym, eterycznym aromatem eukaliptusów.
Wszystko wyglądało obco i nieznajomo, ale od pierwszych chwil czuliśmy się mile widziani. Na lotnisku zaskakująco swobodny i przyjazny celnik powitał nas słowami: „G'day, how are you?”. Kiedy ciągnęliśmy walizki w stronę wyjścia, wyszedł nam naprzeciw dyrektor szpitala, w którym zaoferowano mi pracę i który zgodził się sponsorować naszą imigrację. To właśnie te dwa czynniki umożliwiły nam uzyskanie wiz. Byliśmy zdumieni, że sam dyrektor przyjechał nas odebrać. Towarzyszył mu wysoki, starszy, łysiejący mężczyzna o miłym uśmiechu, przedstawiony nam jako Karl, pielęgniarz pracujący w tym samym szpitalu. Karl mówił po polsku, więc troskliwy dyrektor zaprosił go, żeby służył nam za przewodnika i opiekuna. Jak się okazało, od razu przypadliśmy sobie z Karlem do gustu i szybko się zaprzyjaźniliśmy.
Karl przybył do Australii z tej samej części Europy co my. Jego droga również była długa i trudna, ale zupełnie inna niż nasza. Historię jego życia poznawaliśmy tylko fragmentarycznie, z urywanych opowieści. Podobnie jak nasi ojcowie, Niny, i mój, którzy przeszli przez wojnę, Karl niechętnie mówił o swoich przeżyciach.
Pochodził ze Śląska, regionu leżącego pomiędzy Polską a Niemcami, który po pierwszej wojnie światowej został podzielony między oba państwa. Jego mieszkańcy, Ślązacy, mają własną tożsamość etniczną i mówią gwarą, która choć pozostaje w swojej istocie polska, zawiera wiele wpływów niemieckich. Nazistowskie Niemcy, podbijając Europę, wcieliły cały Śląsk do Trzeciej Rzeszy, nadając Ślązakom niemieckie obywatelstwo. W ten sposób znaleźli się oni na obłąkanej hitlerowskiej drabinie rasowej nieco wyżej od Polaków, przeznaczonych do niewolniczej pracy, i Żydów, skazanych na zagładę. Wiązały się z tym pewne wątpliwe przywileje, ale także obowiązek służby wojskowej.
I tak Karl, który nosił niemieckie imię (w domu nazywano go po śląsku Karlikiem), choć uważał się zdecydowanie za polskiego Ślązaka, został wcielony do Wehrmachtu wkrótce po klęsce Polski w 1939 roku. Z tego, co udało nam się ustalić, brał udział w niemieckich kampaniach na froncie zachodnim. Później, po inwazji aliantów, skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji, żeby oddać się do niewoli, gdzieś w Belgii. Ostatecznie trafił do obozu jenieckiego w Anglii, skąd zwolniono go niedługo po zakończeniu wojny. Poznał Maureen, ożenił się z nią i razem wyemigrowali do Australii jako „Ten Pound Poms” — brytyjscy imigranci, którzy za podróż do nowego kraju płacili zaledwie dziesięć funtów. Zapuszczali tu korzenie, mieli już dwie dorosłe córki i uroczą wnuczkę. Australia stała się ich domem i nigdy nie chcieli wracać.
Skończyliśmy jeść i popijaliśmy kolejne piwo, powoli, delektując się jego wciąż przyjemnym chłodem. Spojrzałem na Karla i Maureen, siedzących teraz w słońcu, rozmawiających swobodnie, odprężonych i szczęśliwych. Byli naprawdę sympatycznymi ludźmi. Lubiliśmy swoje towarzystwo i spędzaliśmy razem dużo czasu, mimo różnicy wieku i odmiennych doświadczeń życiowych. Oboje pomagali nam bardzo, życzliwie i bez narzucania się. Wiedziałem, że zawsze mogę zwrócić się do Karla po radę czy praktyczną pomoc. Zanim udało nam się kupić samochód, bez którego życie na przedmieściach było dość skomplikowane, chętnie nas podwozili na zakupy, do miasta czy właśnie na plażę.
Patrzyłem rozmarzony na bezkres oceanu, na połyskującą wodę, odbijającą i rozpraszającą promienie słońca. Usłyszałem jakiś dźwięk. Narastał, a mała kropka, którą dostrzegłem na tle czystego nieba, powiększała się, aż wreszcie rozpoznałem helikopter. Natychmiast pomyślałem o rekinach. To z pewnością był jeden z helikopterów patrolujących latem plaże w poszukiwaniu rekinów. Nie pojawiały się tu zbyt często i od lat nie odnotowano żadnego ataku, ale takie środki ostrożności były mile widziane. Dawały poczucie ochrony przed niebezpieczeństwem, które mogło wyłonić się z głębin tych nieskazitelnie czystych wód. Chcieliśmy wierzyć, że taki patrol rzeczywiście może być skuteczny: w krystalicznie przejrzystej wodzie można dostrzec rekina z daleka i na czas podnieść alarm. A jednak rekiny budziły w nas przerażenie! Nie mogliśmy po prostu pogodzić się z myślą, że ten przepiękny, błękitny ocean może kryć w swoim wnętrzu tak śmiertelne zagrożenie. To było nie do pomyślenia, wręcz absurdalne!
Żeby rozwiać swoje obawy, zwróciłem się do Karla, niezawodnego źródła wszelkich praktycznych informacji.
— Karl, powiedz mi, czy to możliwe, żeby tutaj pojawił się rekin? Czy może podpłynąć blisko brzegu?
Karl uspokoił mnie, że jest to mało prawdopodobne.
— Rekiny nie polują specjalnie na ludzi. Po prostu szukają pożywienia tam, gdzie mogą je znaleźć. Dlatego zwykle nie podpływają na płycizny, gdzie nie ma co jeść. Prędzej można je spotkać na przykład przed zmierzchem u ujścia jakiegoś strumienia, gdzie gromadzą się ryby.
— Więc kiedy pływasz, Rafał, jesteś właściwie bezpieczny — dodał z uśmiechem. — Ale na wszelki wypadek nigdy nie wypływaj najdalej od brzegu. Uważaj, żeby zawsze ktoś był przed tobą, i wszystko będzie dobrze — gut und sicher!
Rozmawialiśmy po polsku. Polski Karla był wyraźnie śląski i dość prosty, ale całkiem dobry. Czasami jednak, kiedy brakowało mu słów po polsku lub angielsku, posiłkował się niemieckim. Tak było i tym razem. Być może chciał w ten sposób szczególnie mocno mnie uspokoić, ale dla moich wyczulonych uszu zabrzmiało to ostro, nieprzyjemnie niemiecko.
Wytrąciło mnie to z równowagi. Chociaż zdążyłem już oswoić się z melodyjnym brzmieniem niemczyzny, a nawet nauczyłem się czerpać z niego przyjemność, choćby słuchając pieśni Schuberta, ostrzejsze dźwięki tego języka wciąż potrafiły na mnie oddziaływać. Czasami wywoływały nagły skurcz strachu, grozy i nienawiści, budząc być może pogrzebane gdzieś w najgłębszych pokładach mojej najwcześniejszej pamięci wspomnienie wykrzykiwanych rozkazów: Heraus! albo Schneller!
Tym razem wrażenie było nagłe, niechciane i przykre. Zesztywniałem, przeszył mnie chłód. Odgłos helikoptera wypełnił mi głowę urywanym, staccatowym rytmem, narastając aż do dzwonienia w uszach.
Po raz pierwszy dotarło do mnie z przerażającą jasnością, że Karl potencjalnie mógł być jednym z żołnierzy Wehrmachtu wysłanych podczas wojny do Polski. Mógł należeć do tych, którzy stali na straży, pilnując ponurego pochodu ludzi wypędzonych z płonącego miasta po upadku Powstania Warszawskiego w 1944 roku. Wśród nich była moja matka i ja, małe dziecko. Mógł być wśród oddziałów, które zdławiły polski opór i na rozkaz swojego Führera zrównały miasto z ziemią. Mógł spotkać mojego ojca podczas walk! Mogli stać po przeciwnych stronach barykady zbudowanej z gruzów i mebli, strzelać do siebie, próbować się nawzajem zabić. Albo, w innym możliwym przebiegu wydarzeń, to właśnie on mógł być tym niemieckim żołnierzem, który postrzelił mojego ojca, kiedy ten prowadził atak na koszary Wehrmachtu.
Próbowałem odzyskać spokój i powrócić do pięknego świata, który rozciągał się przede mną, ale trudno mi było uwolnić się od tych niepokojących myśli i obrazów. Widoki i dźwięki otaczały mnie teraz jakąś dziwną, przerażającą mgłą.
Wtedy, jakby na przekór tym mrocznym i dręczącym skojarzeniom, przyszło mi do głowy, że przecież zarówno mój ojciec, jak i Karl przeszli przez tamte straszne czasy. Przeżyli i zdołali przezwyciężyć okropności wojny. Nie wyszli z niej bez szwanku, ale żyli dalej, pracowali, zakładali rodziny. Mój ojciec miał w pewnym sensie szczęście, że został ranny w jednej z pierwszych walk powstania i trafił do szpitala. Gdyby walczył dalej, najprawdopodobniej by zginął — straty wśród polskich powstańców były ogromne. Karla natomiast uratował zdrowy instynkt i odwaga — tak, właśnie odwaga — żeby się poddać, zamiast walczyć do śmierci na rozkaz obłąkanego przywódcy.
Spojrzałem na Karla. Z szerokim, serdecznym uśmiechem tłumaczył coś Ninie swoim głębokim, ciepłym głosem. Zauważyłem, że jego akcent nie był ani niemiecki, ani polski, lecz wyraźnie jego własny. Zrozumiałem, że aby odpędzić widma „złych Niemców”, które być może wciąż mnie nawiedzały, nie muszę tworzyć sobie w wyobraźni „dobrego Niemca”. Tu, przede mną, siedział po prostu dobry człowiek.
Pomyślałem: „Karliku, jaki ty jesteś wspaniały chłop! Jak dobrze, żeśmy się spotkali. Jakże jestem wdzięczny losowi, że możemy wszyscy tutaj być, żywi, szczęśliwi, ogrzewani słońcem”.
Zaskoczyły mnie łzy, które napłynęły mi do oczu. A potem, przez jakieś dziwne skojarzenie, przypomniałem sobie okoliczności moich narodzin, które przypadły na sam środek niemieckiej okupacji. Opowiadano mi, że moje przyjście na świat opóźniało się, tak jakbym nie miał ochoty wychodzić na świat taki, jaki był wtedy. W końcu jednak nastąpiło ostre przyspieszenie i trzeba było skorzystać z najbliższej placówki medycznej — małego szpitala prowadzonego przez Niemców. Tam się urodziłem, z pomocą niemieckiego lekarza, który musiał użyć kleszczy, żeby nakłonić mnie do opuszczenia bezpiecznego i ciepłego przedistnienia. A więc było całkiem prawdopodobne, że pierwszym językiem, jaki w życiu usłyszałem, był niemiecki!
Dzwonienie w uszach zupełnie ustało. Słońce świeciło jeszcze mocniej i jaśniej. Odgłos helikoptera cichł, a maszyna oddalała się, stając się coraz mniejszą kropką, aż w końcu zniknęła zupełnie. Zapadła cisza. Błękitne wody Oceanu Południowego były z pewnością bezpieczne.
— Nie ma rekinów! — zawołałem. — Chodźmy pływać! Kto pierwszy do wody?!
Zerwaliśmy się z krzesełek i pobiegliśmy w stronę wody.
W pędzie wpadłem do wody i popłynąłem daleko. Kiedy zatrzymałem się i spojrzałem za siebie, zobaczyłem głowy ludzi pływających bliżej brzegu i maleńkie sylwetki tych, którzy pozostali na plaży, pojawiające się i znikające wśród rozproszonych w wodzie promieni słońca. Odwróciłem się i popłynąłem z powrotem ku brzegowi.
Pomyślałem "Jest OK, rekinów nie ma!."